Pewnego dnia dotarło do mnie, że z człowieka bogatego stałem się bogaczem. OK, nawet nie tyle bogaczem, ile obrzydliwie bogatym człowiekiem. Gdy staje się dla ciebie jasne, że stać cię na kupno nie jednego luksusowego auta, ale że możesz nabyć wszystkie najdroższe samochody świata, już nic nie wydaje ci się interesujące – mówi twórca eBay, najpopularniejszego internetowego portalu aukcyjnego świata. To swoistego rodzaju znużenie bogactwem leży u podstaw jego zainteresowania działalnością charytatywną.

W 2004 roku, gdy eBay był już gwiazdą internetu, założył Omidyar Network (ON), jedyną w swoim rodzaju filantrokapitalistyczną firmę inwestycyjną, której do tej pory przekazał 300 mln dol. Właśnie połączenie kapitalizmu z dobroczynnością stało się dla niego kolejnym biznesowym wyzwaniem, z którym jak na razie świetnie daje sobie radę. Jak wygląda to w praktyce? ON działa jak spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która inwestuje – samodzielnie bądź z innymi firmami i korporacjami – w komercyjne przedsięwzięcia mające przynosić zyski. W ten sposób stara się pomnożyć powierzone jej pieniądze. Wypracowane zyski przekazuje jako granty na realizację promowanych przez Omidyara akcji charytatywnych. W tym celu wykorzystuje paragraf 501(c)(3) amerykańskiego prawa podatkowego, który na dodatek nagradza troszczące się o współobywateli firmy zwolnieniami oraz ulgami podatkowymi.

W ubiegłym roku Pierre Omidyar przekazał na cele dobroczynne ponad 61 mln dol., co dało mu 16. miejsce na liście najhojniejszych amerykańskich darczyńców 2010 roku (zestawieniu przewodzi George Soros, który wydał na filantropię 332 mln dol.). To o 1/3 mniej niż w dwóch poprzednich latach, ale kryzys odcisnął się też na działalności ON. Co wspiera szef eBay? Wachlarz zainteresowań jest ogromny: promuje organizacje zajmujące się udzielaniem mikropożyczek na rozpoczęcie własnego biznesu i walczące ze współczesnym niewolnictwem. – Daję też pieniądze tym fundacjom, które zajmują się patrzeniem na ręce władzom czy prowadzącym niezależne media. Bo bez tego nie ma demokracji – mówi Omidyar.

Komputery i wagary

Na takie postrzeganie świata przez 43-letniego dziś biznesmena ma z pewnością wpływ pochodzenie. Jest Irańczykiem, którego rodzice w połowie lat 60. wyjechali na studia do Francji. Sześć lat po jego urodzeniu, gdy sytuacja w ojczyźnie zaczynała się robić coraz bardziej niespokojna (w końcu w 1979 roku zwolennicy ajatollaha Chomeiniego obalili szacha Rezę Pahlawiego, a nowe władze proklamowały Islamską Republikę Iranu), zdecydowali się przenieść do Stanów Zjednoczonych.

Wylądowali w Baltimore, a Pierre uległ fascynacji komputerami. W liceum uciekał z lekcji wf., by móc się nimi zajmować. Po latach można stwierdzić, że jednym z ojców jego przyszłego sukcesu był dyrektor szkoły: nie tylko nie ukarał chłopaka za wagarowanie, ale jeszcze zlecił mu napisanie programu do wypełniania i drukowania kart do bibliotecznego katalogu. I na dodatek zapłacił za wykonaną pracę: 6 dol. za godzinę. W 1984 roku Irańczyk rozpoczął studia informatyczne na Tufts University koło Bostonu. Tu dał znać o sobie jego talent – m.in. pomagał programistom w rozwiązaniu problemów z zarządzaniem pamięcią w komputerach Macintosh. Po studiach, które ukończył pięć lat później, pracował nawet przez chwilę dla Apple’a. Dla firmy Steve’a Jobsa pisał kod do programu do tworzenia wektorowej grafiki MacDraw. Była to jedna z pierwszych aplikacji w nowej technologii WYSIWYG (What You See Is What You Get).

W 1991 roku z trzema kolegami założył firmę Ink Development, która zajmowała się tworzeniem środowiska pracy dla tzw. pen-computing systems, czyli dla użytkowników komputerów, którzy bardziej wolą tablety i piórka od myszek i klawiatur. Nie odnieśli wielkiego sukcesu na tym polu (tablety przegrały starcie z myszkami), ale inny ich pomysł – strona przeznaczona dla handlujących w internecie – wzbudziła zainteresowanie branży. Projekt był na tyle ciekawy, że spółkę przejął Microsoft. I tak zakończyła swój żywot. W 1994 roku Omidyar przeniósł się ze Wschodniego Wybrzeża do Kalifornii i dołączył do firmy General Magic, w której projektował strony internetowe. Rok później zrealizował pomysł, który uczynił go miliarderem.

I tym razem nie obyło się bez udziału osób trzecich. Narzeczona Omidyara lubiła robić zakupy w internecie, ale brakowało jej miejsca w sieci, w którym mogłaby się wymieniać rzeczami z innymi. Suszyła więc głowę chłopakowi, by specjalnie dla niej stworzył taki portal. Przez rok się wzbraniał, w końcu nie wytrzymał presji. Przez dwa dni pisał kod dla portalu aukcyjnego i uruchomił go po południu 4 września 1995 roku. Jedną z pierwszych rzeczy, jaka została sprzedana na AuctionWeb, był zepsuty niewielki wskaźnik laserowy. Omidyar był tak tym zdziwiony, że napisał do nabywcy e-mail z pytaniem, czy na pewno chciał kupić niedziałającą rzecz. „Oczywiście, jestem kolekcjonerem zepsutych wskaźników laserowych” – brzmiała odpowiedź. 28-latek zrozumiał wówczas, że biznes można zrobić na wszystkim.

Sukces przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. W 1996 roku na AuctionWeb przeprowadzono 250 tys. aukcji, rok później już 2 mln. W tym samym roku portal zmienił nazwę. Początkowo Omidyar planował ochrzczenie go mianem Echobay, ale ponieważ uprzedziła go firma wydobywcza Echo Bay Mines, zdecydował się na eBay. I błyskawicznie stał się miliarderem. Dziś magazyn „Forbes” wycenia jego majątek na ponad 5,2 mld dol. Mógłby być o co najmniej miliard większy, bo właśnie tyle Irańczyk przeznaczył już na cele charytatywne, w tym na ON.


Prasa to potęga

Tak hojny ofiarodawca nie mógł pozostać niezauważony przez Billa Gatesa oraz Warrena E. Buffeta, którzy rozpoczęli akcję The Giving Pledge zachęcającą miliarderów do oddania co najmniej połowy majątku na cele charytatywne. Pierre Omidyar przyłączył się do niej, ale na swoich warunkach. Po pierwsze jasno dał do zrozumienia, że decyzję o rozdaniu większej części swoich pieniędzy podjął na długo przed tym, nim poprosili go o to Gates i Buffet. Dokładnie w wiosenne popołudnie 2000 roku. Po drugie pieniędzy nie odda, ale zainwestuje w filantrokapitalizm.

Jego najnowszym pomysłem jest próba ożywienia lokalnej prasy i uczynienia jej dochodową. Na Hawajach, gdzie obecnie mieszka, uruchomił projekt Peer News, który wydaje od maja ubiegłego roku gazetę „Honolulu Civil Beat”. Na wyspy ściągnął Johna Temple’a, byłego naczelnego jednego z najsłynniejszych lokalnych amerykańskich dzienników „The Rocky Mountain News”. Kryzys na rynku mediów spowodował, że w 2009 roku gazeta – po ponad 150 latach – przestała się ukazywać.

„Honolulu Civil Beat” jest gazetą dostępną wyłącznie w internecie. Nie ma w niej reklam, utrzymuje się z abonamentu – 19,99 dol. za miesiąc. Główny atut: opisuje tylko sprawy dotyczące Hawajów. Zajmuje się nimi pięciu etatowych reporterów. By przyciągnąć ludzi, rozbudowano sekcję kontaktu z czytelnikami. Mogą pisać własne artykuły, dyskutować ze sobą na forum. – Ale najważniejsze jest to, że uniezależniliśmy się od reklamodawców. To oznacza, że jesteśmy wolni od nacisków, a tym samym zyskujemy w oczach czytelników. Po prostu nam wierzą – mówi Omidyar. Gazeta ma już na swoim koncie pierwszy głośny sukces: ujawniła zarobki państwowych urzędników, co wywołało w tym stanie prawdziwą burzę.

– Takie działanie wpisuje się w jego naturę i charakter ludzi z Doliny Krzemowej. Oni nie lubią rozdawać pieniędzy, bo sami ich nie dostali, wolą je inwestować w nowe przedsięwzięcia mające służyć innym. Uważają, że tylko takie działanie nadaje sens dobroczynności – mówi „DGP” Steve Williams z University of San Francisco. – Taka forma działalności charytatywnej wydaje się atrakcyjna dla młodych i rzutkich biznesmenów. Moje doświadczenie pokazuje, że możesz być przedsiębiorcą, że możesz być nawet szefem drapieżnego funduszu hedgingowego i jednocześnie filantropem. Nie ma w tym nic sprzecznego. I to jest właśnie piękne – tłumaczy Omidyar.