W końcu kwietnia Waszyngton ewakuował z Syrii rodziny swoich dyplomatów i personel pomocniczy.

W piątek syryjskie siły bezpieczeństwa zabiły - według obrońców praw człowieka - 24 manifestantów, w większości na przedmieściach Damaszku. Pięciu zginęło w Hamie i jej okolicach.

Syryjskie wojsko zacieśniło w sobotę oblężenie Hamy. Według mieszkańców, w nocy z piątku na sobotę, miasto ostrzeliwały czołgi.

Brutalne rozprawianie się z protestującymi wzbudziło oburzenie międzynarodowe.

W sobotę arabskie państwa znad Zatoki Perskiej potępiły rozlew krwi i wezwały do natychmiastowego zaprzestania przemocy i wdrożenia poważnych reform w Syrii.

W oświadczeniu na stronie internetowej Rada Współpracy Zatoki Perskiej wyraziła głębokie zaniepokojenie i żal z powodu "eskalacji przemocy w Syrii i stosowania nadmiernej siły".

W piątek mieszkańcy Hamy informowali, że w mieście kończą się zapasy medyczne, a żywność gnije z powodu braku elektryczności. Sytuacja humanitarna jest tam - według jednego z mieszkańców - "katastrofalna".


Syryjskie siły rządowe przypuściły atak na 800-tysięczną Hamę w zeszłą niedzielę, odcinając elektryczność, telekomunikację i internet oraz blokując wszelkie dostawy.

Jak napisała agencja AP, wydaje się to próbą odbicia miasta, stanowiącego ośrodek syryjskiego powstania przeciw reżimowi prezydenta Baszara el-Asada. W Hamie od czerwca zginęło co najmniej 100 osób.

Hama, położona 210 km na północ od Damaszku, ma dla Syryjczyków szczególne znaczenie ze względu na masakrę z 1982 r. Wówczas Hafez Asad, ojciec obecnego prezydenta nakazał wojsku rozprawienie się z rebelią syryjskich członków konserwatywnego Bractwa Muzułmańskiego, zginęło od 10 do 25 tysięcy ludzi.

Amerykański Departamentu Stanu ostrzega w czasie, kiedy w Kongresie mnożą się głosy domagające nałożenia przez administrację prezydenta Baracka Obamy nowych surowych sankcji na syryjski reżim.