Kim Dzong Un na białym koniu wjechał na górę Paektu, która jest jednym z ważniejszych symboli rządzącej dynastii. To tam miał się urodzić syn Kim Ir Sena i to stamtąd Kim Ir Sen miał dowodzić armią partyzantów, walczących z Japończykami. Kim - jak przypomina "Guardian" - takie "pielgrzymki" odbywał przed każdą ważną akcją rężimu - czy to przed próbami broni atomowej, czy to przed negocjacjami z USA i sąsiadami z południa.

Tym razem to też zapowiedź zmian. "Wszyscy urzędnicy i wojskowi, którzy towarzyszyli przywódcy na szczycie góry Paektu i obserwowali jego samotne medytacje zostali z radością przekonani, że nadejdzie wielka operacja, która zadziwi świat i popchnie koreańską rewolucję krok naprzód" - czytamy w oficjalnym komunikacie władz. Na razie jednak analitycy nie wiedzą, czy to oznacza dalsze negocjacje i łagodzenie napięć w regionie, czy też Kim doprowadzi do kolejnych prób atomowych.

Tego problemu nie mają internauci. Kpią z północnokoreańskiego dyktatora, porównując jego konną przejażdżkę do scen z "Gry o tron". Nazywają go "Królem Północy" i piszą, że "zima nadciąga"