- Najtrafniejsze określenie Władimira Putina to prezydent półreform. Wiele reform rozpoczynał, ale nie doprowadzał nawet do połowy – ocenił w rozmowie z PAP Prieobrażeński, rosyjski analityk mieszkający w Czechach.

Reklama

- Reformy zatrzymywały się w momencie, kiedy stawało się jasne, że może to zagrażać jego notowaniom. Niektórzy tłumaczyli, że wojny i agresje to sposób, by podwyższyć notowania i stworzyć warunki do reform. Potem jednak reformy były przerywane, bo ratingi spadały. I tak w koło Macieju – zauważył.

Według Prieobrażeńskiego kolejne wydarzenia - takie jak sprawa Jukosu w 2003 r. (aresztowanie właściciela tego największego w Rosji przedsiębiorstwa naftowego i późniejsze przejęcie jego aktywów przez państwowy Rosnieft), powrót Putina na fotel prezydencki w 2012 r. (po czterech latach, kiedy prezydentem był Dmitrij Miedwiediew, a Putin sprawował funkcję premiera), aneksja Krymu i wybuch wojny w Donbasie w 2014 r. - wyznaczały wybrane etapy podporządkowywania sobie przez państwo kolejnych sfer życia.

- Sprawa Jukosu to było postawienie wielkiego biznesu do kąta. Rok 2012, czyli powrót Putina (na urząd prezydencki - PAP) i brutalne stłumienie protestów, oznaczało rozbrat z tym, co można nazwać rosyjską klasą średnią – mówił Prieobrażeński. Rok 2014 - aneksja Krymu i rozegrana wokół niej kampania propagandowa - miały, według analityka, dać społeczeństwu poczucie "sprawiedliwości dziejowej" i odwrócić jego uwagę od kryzysu gospodarczego, który rozpoczął się dużo wcześniej.

- Od 2014 r. gospodarka została całkowicie podporządkowana polityce. Zapadła decyzja polityczna i militarna, a gospodarka miała się do niej "dopasować" – wskazał rozmówca PAP.

Według Prieobrażeńskiego Rosję czeka kolejne kilka lat "dokręcania śruby" i zwiększania kontroli nad "resztkami społeczeństwa obywatelskiego". - Jest to związane z cyklem wyborczym. Cały przyszły rok to będzie kampania przed wyborami do Dumy (Państwowej, niższej izby parlamentu - PAP) w 2021 roku, w efekcie nie powinien się tam znaleźć żaden opozycjonista. Z kolei 2024 r. to kolejne wybory prezydenckie. A to oznacza, że na cztery lata mamy gwarantowane dokręcanie śruby – podsumował analityk.

- W latach 90. XX wieku rosyjska władza wybrała system autorytarny zamiast konkurencyjnego. Putin mógł wybrać pomiędzy autorytaryzmem typu modernizacyjnego a autorytaryzmem zastoju i wybrał ten drugi – ocenił na łamach "Nowej Gaziety" opozycyjny polityk Grigorij Jawliński.

- To system, którego głównym celem jest hamowanie wszelkich zmian, które mogłyby osłabić kontrolę grupy rządzącej nad społeczeństwem – wskazał Jawliński.

W efekcie, jak pisał, "trzy dziesięciolecia po upadku ZSRR doprowadziły kraj do systemu politycznego, opartego na niezmiennej władzy jednej, dominującej grupy wyższej biurokracji (…), która uniemożliwia zmianę grupy rządzącej bez zniszczenia samego systemu (…) i głębokiego kryzysu politycznego, działającego na rzecz własnej reprodukcji i wykluczającego naturalną ewolucję czy reformowanie się w reakcji na zmieniające się okoliczności".

Podsumowując na portalu Radia Swoboda sytuację ekonomiczną Rosji w ciągu minionych 20 lat, dziennikarz Aleksandr Ryklin wskazał, że rosyjską gospodarkę "utrzymywały na powierzchni" dwa główne czynniki – wysokie ceny ropy i absolutna lojalność dużej części ekspertów gospodarczych i finansowych, nazywanych "liberałami systemowymi". "To właśnie oni jeszcze w 2000 r. rozpoczęli pierwszą falę reform, która zapewniła wzrost gospodarczy, poprawę klimatu biznesowego i poziomu życia" – napisał Ryklin.

"Jednak główny cel, o którym mówiono już wówczas – dywersyfikacja gospodarki rosyjskiej, zmniejszenie jej uzależnienia od eksportu surowców - nie został osiągnięty" – wskazał.

Na pytanie, dlaczego rosyjska gospodarka nie była zdolna do rewolucyjnej przemiany w warunkach idealnej koniunktury zewnętrznej, Ryklin odpowiedział słowami znienawidzonego w Rosji liberalnego ekonomisty Jegora Gajdara, autora reform gospodarczych lat 90.: "Autorytarny model zarządzania państwem wcześniej czy później wchodzi w sprzeczność z gospodarką liberalną. I jest to sprzeczność nie do pokonania".

"Potwierdzeniem tej tezy jest gwałtowny wzrost obecności państwa w gospodarce, przejmowanie najważniejszych sektorów pod całkowitą kontrolę" – ocenił autor artykułu.

Według wielu ekspertów zmiany w polityce zagranicznej Rosji i sięgnięcie po agresywną, konfrontacyjną retorykę również były podporządkowane sytuacji wewnętrznej. Rosnąca wrogość wobec Zachodu, budowanie obrazu Rosji otoczonej przez nieprzyjaciół, w końcu realne działania militarne poza granicami kraju - aneksja Krymu, wojna w Gruzji i Donbasie oraz interwencja w Syrii – mają być, w ich opinii, metodą odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych, sposobem na zmobilizowanie społeczeństwa i jego poparcia dla działania władz. Potwierdzały to wyniki sondaży, według których notowania prezydenta w każdym z tych przypadków się poprawiały.

Siergiej Utkin, politolog z Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych Rosyjskiej Akademii Nauk (IMEMO RAN) argumentował w rozmowie z PAP, że z punktu widzenia "zwykłego Rosjanina" kluczowe dla oceny rządów Putina nie są jednak sprawy międzynarodowe, nawet jeśli są silnie wsparte przez kampanię propagandową w mediach, a jego własna sytuacja i poziom życia.

- Ludzie porównują swoją sytuację z dramatycznym kryzysem i chaosem lat 90. XX w. i to porównanie wypada pozytywnie. Owszem, w ostatnich latach mamy do czynienia ze znikomym wzrostem gospodarczym, sytuacją na granicy stagnacji, jednak nawet jeśli mówimy o zastoju, to sytuacja gospodarcza jest w miarę stabilna. Przede wszystkim jednak, i to jest decydujące, (sytuacja jest) znacznie lepsza niż w latach 90., u progu rządów Władimira Putina – ocenił ekspert.