Prezydent stanął przed dylematem niczym brytyjska premier Margaret Thatcher w latach 80.: ulec związkom zawodowym i zachować popularność czy narazić się na ich gniew i reformować państwo, które chce być mocarstwem, a coraz bardziej przypomina kolosa na glinianych nogach. "Nie ugniemy się. Spodziewam się strajków i demonstracji, ale będę twardy. Taki jest interes państwa" - zapewniał wczoraj Sarko.
Dziś ma się rozpocząć strajk kolejarzy i pracowników sektora energetycznego. Wspólnie żądają utrzymania prawa do przechodzenia na emeryturę nawet w wieku 50 lat. Ten przywilej kosztuje jednak co roku państwo kilkanaście milionów euro. Za ich przykładem mają pójść pracownicy paryskiego metra - już jutro we francuskiej stolicy może działać tylko jedna linia metra nr 14, która jest w pełni zautomatyzowana - oraz linii lotniczych Air France. Na tory może również nie wyjedzie superszybki pociąg Eurostar łączący Francję z Wielką Brytanią.
Następni w kolejce protestów są studenci, którzy są przeciwni propozycji, by prywatne firmy dofinansowywały wydziały kształcące najbardziej pożądanych na rynku pracowników. Liderzy ich związków zapowiadają, że ta jesień może być równie gorąca jak początek zeszłego roku: wówczas studenci zmusili rząd do zrezygnowania z wprowadzenia w życie bardziej liberalnych przepisów prawa pracy.
"Reformy jeszcze się nawet nie zaczęły, a już są protesty. To pokazuje siłę naszych związków" - mówi DZIENNIKOWI francuski politolog Michael Wieviorka. A prasa już porównuje Sarkozy’ego do brytyjskiej premier Margaret Thatcher, której po kilkumiesięcznej batalii udało się złamać potęgę górniczych związków marzących o socjalizmie i zapewniła krajowi rozwój gospodarczy.
Czy Sarko będzie nieugięty? Czy pójdzie na konfrontację ze związkami? I jakim kosztem? - padają pytania. Paradoksalnie Nicolas Sarkozy jest w lepszej sytuacji niż Thatcher. Sondaże pokazują, że większość Francuzów chce zmian. To ci, którzy są zmuszenie coraz więcej dokładać do socjalnego systemu zbudowanego w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci.
To ci, którzy muszą pracować więcej i ciężej, by budżetówka mogła wciąż cieszyć się 35-godzinnym tygodniem pracy. Z badań opublikowanych pod koniec ubiegłego tygodnia w dzienniku "Le Figaro" wynika, że aż 69 proc. obywateli jest skłonnych poprzeć zmiany forsowane przez prezydenta.
"Pakiet reform przygotowany przez nowe władze nie jest zagrożeniem dla Francuzów, a jedynie dla silnych związków zawodowych. Do tej pory miały niewspółmiernie duży wpływ na francuską politykę, a teraz to się może zmienić" - mówi DZIENNIKOWI Charles Jenkins, analityk z London School of Economics.
MARIUSZ JANIK: Czy porównania Sarkozy’ego do Margaret Thatcher są na miejscu?
ALAIN BESANCON: Oczywiście. Problemy Sarkozy’ego są porównywalne do trudności, jakie miała swego czasu brytyjska premier. Również przed nim stoi trudne zadanie złamania siły syndykatów i związków zawodowych oraz finalna reforma państwa.
Sarkozy będzie równie nieprzejednany i skuteczny jak Żelazna Dama?
Tego jeszcze nie wiemy, walka się dopiero zaczyna. Niewątpliwie, prezydent bdzie miał przeciw sobie typowo francuską mieszaninę przeciwników: od intelektualistów przez studentów po związki zawodowe.
Na czym opiera się ich siła?
Z pozoru związki zawodowe mocne są jedynie w przedsiębiorstwach państwowych. Zarazem jednak potrafią sparaliżować poszczególne regiony kraju. Z kolei intelektualiści i studenci będą mieć sojuszników w mediach. Pokonanie ich będzie jednak niezmiernie trudne, jeżeli w ogóle możliwe.
* Alain Besancon, francuski historyk