O tym, że jeden z górników nie żyje, wiadomo było już wczoraj. Wszyscy mieli nadzieję na uratowanie drugiego. Po kilku godzinach ręcznego przeszukiwania rumowiska przez siedem grup ratowników zdecydowano się użyć sprzętu ciężkiego. Okazało się, że rumowisko jest znacznie dłuższe niż początkowo przypuszczano. Ma około trzystu metrów długości i jest wysokie na dwa metry.

"Ratownicy nie są w stanie przebrać rękami tak wielkiego rumowiska" - tłumaczyła Edyta Tomaszewska, rzeczniczka prasowa Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach. Dodała, że po konsultacjach z Adamem Mirkiem, dyrektorem Okręgowego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, który jest na miejscu w Polkowicach, zdecydowano się wprowadzić do akcji ładowarki do przebrania rumowiska.

Poszukiwania 28-letniego górnika było utrudnione przez to, że sygnał nadawany z lampki mężczyzny zamilkł.

Wczoraj około godziny 16.00 podziemny korytarz zatrząsł się po raz pierwszy. Po chwili pojawiły się kolejne tąpnięcia. W sumie ziemia zadrżała cztery razy. "Dwa z nich były o bardzo dużej sile" - informowała Tomaszewska. Pod gruzowiskiem zostało dwóch górników.

Jeden z nich to 33-letni sztygar. Drugi - 28-letni ślusarza, który został przysypany na głębokości 1050 m.

Rannych zostało też pięciu innych górników. Zostali przewiezieni do szpitala.