Kinga została przywieziona przed północą 15 stycznia przez zespół karetki pogotowia, z temperaturą przekraczającą 40 st. C. "W rozmowie telefonicznej z lekarzem dyżurnym . W trakcie badania dziewczyny jeszcze w domu zauważyłam dwie zmiany skórne na udzie i jedną na boku. Przypominało to wybroczyny. To są tak niewielkie zmiany w początkowym stadium choroby, które wyglądają jak pajączki" - mówi ratownik medyczny pogotowia w Zabrzu Bożena Garus, która przywiozła chorą na oddział.
Jak dowiedział się DZIENNIK, mimo takich podejrzeń , tylko zleciła standardowe badania i umieściła Kingę w sali ciągłej obserwacyjnej, wydając pielęgniarkom polecenia telefonicznie.
Dyrektor szpitala w Zabrzu Jan Węgrzyn odpiera zarzuty. "Po pierwsze, nie ma dowodu, że pani Garus poinformowała o swoich podejrzeniach, a lekarka dyżurna tego nie potwierdza. Po drugie, skoro ratownik miał podejrzenia choroby zakaźnej, . Nie narażając izby przyjęć, pacjentów i personelu na zakażenie" - mówi Węgrzyn.
Jednak to tylko zasłona dymna. Z dokumentacji lekarskiej wynika bowiem, że . Temperatura spadła do 37,5 stopni Celsjusza i przestano się nią interesować, zakładając rano wypisanie jej do domu. Lekarz dyżurny, według naszych informatorów w szpitalu, nawet nie zszedł, by zbadać pacjentkę. Około trzeciej nad ranem Kinga usnęła.
"Alarm został wszczęty kilka minut po szóstej, kiedy pielęgniarka, która weszła do chorej, " - mówi dyrektor Węgrzyn. Dopiero wówczas pojawił się lekarz, zdiagnozowano sepsę i rozpoczęto walkę o życie dziewczyny na oddziale OIOM. Sześć godzin bez właściwej diagnozy i pomocy okazało się jednak śmiertelne. Około godziny 22 serce Kingi się zatrzymało. Lekarz stwierdził zgon.
Szefowa prokuratury w Zabrzu Alina Skoczyńska po informacjach o sprawie, przekazanych przez reporterów DZIENNIKA i regionalnej telewizji "Silesia". "Moglibyśmy szybciej zareagować, ale nie otrzymaliśmy zgłoszenia ani ze strony szpitala, ani rodziny zmarłej" - mówi prokurator.
"Wstępny kierunek śledztwa to sprawdzenie, czy nie doszło do narażenia pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia przez niewłaściwą lub opóźnioną diagnostykę lekarską" - mówi Alina Skoczyńska.
Mimo że od śmierci pacjentki minął tydzień, , które określiłyby, jaka bakteria spowodowała sepsę.
p
Ratownik medyczny: Pacjenci w tym szpitalu przeszkadzają lekarzom
Gdyby lekarka, która miała dyżur, zeszła na oddział ratunkowy i zbadała chorą, do tragedii by na pewno nie doszło.
To zeznam tylko w prokuraturze. Ale mam dowody, że lekarz nie pofatygował się by obejrzeć chorą mimo, że Bożena Galus poinformowala o podejrzeniach sepsy.
Nam nie wolno stawiać diagnozy. My jedynie możemy mieć podejrzenia. Od stwierdzenia, co dolega choremu jest lekarz. To ten szpital miał ostry dyżur 15 stycznia. Mogło się okazać, że Bożena
nie ma racji i objawy dotyczą zupełnie innej choroby. Ale lekarzowi nie chciało się tego sprawdzić i dziewczyna mająca całe życie przed sobą umarła. To nie pierwszy zgon spowodowany
zaniedbaniem lekarzy w Zabrzu Biskupicach.
Czego pan nie rozumie? Pacjent zostaje przyjęty bez asysty lekarza, bo ten jest niby zajęty na swoim oddziale. Potem się go szybko wysyła do domu, żeby mieć spokój. Po kilku godzinach
jesteśmy ponownie wzywani pod ten sam adres, żeby stwierdzić, że już nie możemy pomóc. Kilkugodzinne czekanie na lekarza w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) to standard.
Pan jest naiwny. Pacjenci przywożeni na SOR młodym lekarzom w tym szpitalu przeszkadzają. Nie rozumiem tego. Przecież do dyżurów nikt nikogo nie zmusza. Najgorzej jest wieczorem i w nocy.
Rzadko widuję osobę ze stetoskopem na szyi. Może teraz wreszcie to się skończy. Prokuratura już bada sprawę śmierci Kingi. Proszę zwrocić uwagę, co robił szpital do chwili, kiedy zajęli
się sprawą dziennikarze.
Bagatelizował przypadek i tuszował jak tylko mógł. Przekonywał rodzinę, że nie dało się dziewczyny uratować. Nie poinformował o zdarzeniu prokuratury, a teraz próbuje zrzucić winę na
pielęgniarki, że nie zauważyły wcześniej objawów sepsy, choć chora przebywała na sali ciągłej obserwacji. Pomija w ogóle winę lekarza. A dziewczyna przez sześć godzin umierała w
szpitalu bez postawionej diagnozy.
L.Z. pracuje w pogotowiu jako ratownik medyczny. Na co dzień wspólpracuje ze szpitalem w Zabrzu przywożąc chorych ze zgłoszeń nagłych.