: Technicznie byłoby to możliwe w dwa tygodnie. Można przecież zapakować żołnierzy w samoloty pasażerskie i zostawić wszystkich z problemami. Ale to byłaby ucieczka. My musimy zachować styl, odpowiedzialność i wiarygodność.
Może tak, a może nie. Może wystarczy siedem miesięcy? A może i to nie. Dlaczego właśnie październik, a nie czerwiec? To są daty wzięte z kapelusza.
Ciekawe, kto mu to napisał. Targowanie się, czy to ma być październik, czy koniec listopada nie jest dobre. Kolejność powinna być odwrotna: najpierw rozmowy z Irakijczykami i partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi. Precyzyjne określenie komu przekazujemy naszą misję. Jeśli Amerykanom - to kiedy? Jeśli Irakijczykom - to trzeba sprawdzić, czy są na to gotowi. I dopiero na tej podstawie można podawać jakieś daty. Nie jest też jasne, czy my się wycofujemy z własnej strefy, czy w ogóle. A może zostawimy tam ludzi podlegających strukturom NATO?
Hiszpanie nie mieli swojej strefy odpowiedzialności. Byli podporządkowani polskiemu dowództwu, odpowiadali tylko za siebie. I to, co zrobili, nie było poważne. W tej chwili pod naszym dowództwem są żołnierze dziewięciu narodowości. Również za nich ponosimy odpowiedzialność. Ich dowództwa chyba wiedzą, co zamierzamy. Nie wygląda to dobrze.
Przede wszystkim Brytyjczycy nie wycofali się stamtąd do końca. Doszli do takiego etapu, że byli w stanie przekazać swoją strefę Irakijczykom. Nie było żadnych niedociągnięć, przekazanie było płynne. I choć nie mają już swojej strefy, to nadal są tam obecni. Przeszli do misji szkoleniowo-doradczej.
Szkolimy tam iracki kontyngent - 3,5 tysiąca żołnierzy. Trzeba ustalić kiedy będą gotowi do działań, trzeba zapytać samych Irakijczyków. A potem nadal trzeba im pomagać. Tym bardziej, że ze względu na zasobność państwa i jego wielkość polskie wzorce wojskowe są dla nich lepsze niż amerykańskie. Chodzi o zachowanie pewnej płynności. Nie możemy po prostu wyjść i zostawiać niesmaku. Moim zdaniem misja szkoleniowa powinna być kontynuowana.
Z tego co wiem, są zaniepokojeni. Podobnie Irakijczycy. Ja też bym był, gdybym budował dom i dowiadywał się z gazety, że majster wychodzi z budowy, porzuca podwykonawców i zostawia mnie na pastwę losu. Słyszę obawy, że nasi partnerzy iraccy i Amerykanie więcej dowiadują się z mediów niż z rozmów z polskimi władzami.
Amerykanie są gotowi na każde rozwiązanie. Zawsze podkreślają wdzięczność za to, czego polscy żołnierze dokonali w Iraku, zwłaszcza w ostatnim czasie, gdy strategia ofensywnego zwalczania terrorystów zaczęła przynosić efekty. Ale też trudno się dziwić, że chcą, by wszystkie działania były uporządkowane, by najpierw rozmawiać, a nie rzucać terminami. Ten styl musi ich dziwić. Szkodzi też nam. Może podważyć zdobyty dotychczas kapitał zaufania, kapitał opłacony krwią żołnierzy.
Trzeba zrobić wszystko by wyjść z tego z twarzą. Przecież pojechaliśmy do Iraku z misją pomocy, a nie prowadzenia wojny, bo to był nasz zasadniczy cel. Może nie warto powoli się zwijać, ale zostać w większym składzie dłużej, a potem dzięki logistycznej pomocy Amerykanów przerzucić wojska w dwa tygodnie? Wszystko musi być robione w sposób uporządkowany, a nie od d... strony, jak mówią w wojsku.
Myślę, że tak. To nie więcej niż dziesięć osób, pewnie z rodzinami. A na pewno trzeba zadbać o to, żeby ci ludzie nie zostali zostawieni sami sobie. Niektóre takie sprawy mogą się przeciągać w czasie. Wydanie zgody, że polski kontyngent będzie tam do końca grudnia, wcale nie oznacza, że tyle czasu tam musi być. Tej daty po prostu nie można przekroczyć.
gen. Roman Polko - wiceszef BBN, były dowódca jednostki GROM