Michał Karnowski: Wchodził Pan do Iraku jako żołnierz. Ile czasu potrzeba Pana zdaniem na zakończenie polskiej misji?

Gen. Roman Polko*: Technicznie byłoby to możliwe w dwa tygodnie. Można przecież zapakować żołnierzy w samoloty pasażerskie i zostawić wszystkich z problemami. Ale to byłaby ucieczka. My musimy zachować styl, odpowiedzialność i wiarygodność.

A pół roku na to nie wystarczy?

Może tak, a może nie. Może wystarczy siedem miesięcy? A może i to nie. Dlaczego właśnie październik, a nie czerwiec? To są daty wzięte z kapelusza.

Nie z kapelusza, a z expose premiera.

Ciekawe, kto mu to napisał. Targowanie się, czy to ma być październik, czy koniec listopada nie jest dobre. Kolejność powinna być odwrotna: najpierw rozmowy z Irakijczykami i partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi. Precyzyjne określenie komu przekazujemy naszą misję. Jeśli Amerykanom - to kiedy? Jeśli Irakijczykom - to trzeba sprawdzić, czy są na to gotowi. I dopiero na tej podstawie można podawać jakieś daty. Nie jest też jasne, czy my się wycofujemy z własnej strefy, czy w ogóle. A może zostawimy tam ludzi podlegających strukturom NATO?

Dlaczego sprawa jest Pana zdaniem tak skomplikowana? Hiszpanie ewakuowali się błyskawicznie i katastrofy nie było.

Hiszpanie nie mieli swojej strefy odpowiedzialności. Byli podporządkowani polskiemu dowództwu, odpowiadali tylko za siebie. I to, co zrobili, nie było poważne. W tej chwili pod naszym dowództwem są żołnierze dziewięciu narodowości. Również za nich ponosimy odpowiedzialność. Ich dowództwa chyba wiedzą, co zamierzamy. Nie wygląda to dobrze.

Radzi Pan, by działać spokojnie, a Brytyjczycy właśnie przekazali odpowiedzialność za Basrę Irakijczykom.

Przede wszystkim Brytyjczycy nie wycofali się stamtąd do końca. Doszli do takiego etapu, że byli w stanie przekazać swoją strefę Irakijczykom. Nie było żadnych niedociągnięć, przekazanie było płynne. I choć nie mają już swojej strefy, to nadal są tam obecni. Przeszli do misji szkoleniowo-doradczej.

Kiedy my możemy zrobić to samo?

Szkolimy tam iracki kontyngent - 3,5 tysiąca żołnierzy. Trzeba ustalić kiedy będą gotowi do działań, trzeba zapytać samych Irakijczyków. A potem nadal trzeba im pomagać. Tym bardziej, że ze względu na zasobność państwa i jego wielkość polskie wzorce wojskowe są dla nich lepsze niż amerykańskie. Chodzi o zachowanie pewnej płynności. Nie możemy po prostu wyjść i zostawiać niesmaku. Moim zdaniem misja szkoleniowa powinna być kontynuowana.

Czy BBN ma jakieś sygnały ze strony Amerykanów o tym, jak przyjęli polskie zapowiedzi?

Z tego co wiem, są zaniepokojeni. Podobnie Irakijczycy. Ja też bym był, gdybym budował dom i dowiadywał się z gazety, że majster wychodzi z budowy, porzuca podwykonawców i zostawia mnie na pastwę losu. Słyszę obawy, że nasi partnerzy iraccy i Amerykanie więcej dowiadują się z mediów niż z rozmów z polskimi władzami.

Tu pada sensowny kontrargument: Amerykanie mogą nas prosić o pomoc w nieskończoność, podobnie Irakijczycy. I jak sami nie podejmiemy tej decyzji, to nigdy tej misji nie zakończymy.

Amerykanie są gotowi na każde rozwiązanie. Zawsze podkreślają wdzięczność za to, czego polscy żołnierze dokonali w Iraku, zwłaszcza w ostatnim czasie, gdy strategia ofensywnego zwalczania terrorystów zaczęła przynosić efekty. Ale też trudno się dziwić, że chcą, by wszystkie działania były uporządkowane, by najpierw rozmawiać, a nie rzucać terminami. Ten styl musi ich dziwić. Szkodzi też nam. Może podważyć zdobyty dotychczas kapitał zaufania, kapitał opłacony krwią żołnierzy.

A więc jak i kiedy wychodzić z Iraku?

Trzeba zrobić wszystko by wyjść z tego z twarzą. Przecież pojechaliśmy do Iraku z misją pomocy, a nie prowadzenia wojny, bo to był nasz zasadniczy cel. Może nie warto powoli się zwijać, ale zostać w większym składzie dłużej, a potem dzięki logistycznej pomocy Amerykanów przerzucić wojska w dwa tygodnie? Wszystko musi być robione w sposób uporządkowany, a nie od d... strony, jak mówią w wojsku.

Czy wyjeżdżając powinniśmy jakoś zadbać o naszych współpracowników, choćby o tłumaczy? Czy kogoś trzeba będzie z Iraku ze sobą zabrać?

Myślę, że tak. To nie więcej niż dziesięć osób, pewnie z rodzinami. A na pewno trzeba zadbać o to, żeby ci ludzie nie zostali zostawieni sami sobie. Niektóre takie sprawy mogą się przeciągać w czasie. Wydanie zgody, że polski kontyngent będzie tam do końca grudnia, wcale nie oznacza, że tyle czasu tam musi być. Tej daty po prostu nie można przekroczyć.

gen. Roman Polko - wiceszef BBN, były dowódca jednostki GROM