Dziennikowi.pl udało się złapać prezesa firmy Pawła Przewoźnika. On bagatelizuje problem. "Wrócą w normalnym czasie" - zapewnia Przewoźnik. I dodaje, że firma ma problem z jednym nieopłaconym hotelem w Grecji. "Liczymy, że hotelarz powinien pójść po rozum do głowy i cierpliwie poczeka na pieniądze. Chodzi o kilkanaście osób" - twierdzi prezes.
Ale, jak się dowiedzieliśmy, jest w dużym błędzie albo kłamie! "Mieliśmy skargi od dwóch hoteli z wysp Rodos i Kos. Ich właściciele tracą cierpliwość, <Open Travel> nie zapłaciło za pobyt Polaków" - powiedziała dziennikowi.pl Marzena Krulak z polskiego konsulatu w Atenach. I dodaje, że chodzi o 200 Polaków. Co gorsza, wielu z nich jeszcze nie wie, że ma kłopot. Zaskoczeni rezydenci wycieczek o wszystkim dowiadywali się właśnie od konsulatu, zamiast od biura. I wielu nie zdążyło jeszcze poinformować turystów.
Ostatni Polacy powinni przylecieć do Polski 9 października. Wtedy kończy się ostatni turnus, wysłany przed dramatyczną informacją "Open Travel" do Hiszpanii. Jest tam kilkudziesięciu Polaków. Prawdopodobnie jeszcze żaden z nich nic nie wie o kłopotach biura. "Dopiero dostaliśmy faks o problemach biura. Na razie jest spokój" - mówi dziennikowi.pl Monika Domańska z konsulatu w Madrycie. I z nadzieją dodaje, że konsulat jest dobrej myśli. "Mamy informację, że zostały już uruchomione pieniądze na przewiezienie naszych rodaków do kraju" - mówi Domańska. Tak, to prawda, ale...
Okazuje się, że nie na wszystko starczy. Bo, jak dowiadujemy się w toruńskim Urzędzie Marszałkowskim, który przejął odpowiedzialność za klientów "Open Travel", wszystko zależy od tego, na jaką kwotę firma miała wykupioną polisę. Może się zdarzyć, że o ile wystarczy na przewóz Polaków, niektórzy będą mieli krótszy urlop. Bo - to raczej pewne - ubezpieczenie nie wystarczy na pokrycie kosztów dalszego pobytu. A już na pewno nie ma szans na zrekompensowanie strat. "Polisa nie przekracza 4 mln zł. Więc, o ile na podróż powinno starczyć, będzie problem ze zwrotem pieniędzy" - mówi dziennikowi.pl Grzegorz Frankowski z departamentu turystycznego UM w Toruniu.
Ale tu kolejny szok. Bo jak dowiedział się dziennik.pl, "Open Travel" jeszcze wczoraj po południu sprzedawało wycieczki. Dopiero po zakończeniu pracy swoich oddziałów wysłało do toruńskiego marszałka faks z informacją o braku płynności finansowej. Po prostu - biuro zarobiło, ile się da, i zrzuciło odpowiedzialność za ponad 1000 turystów na urzędników. Ci informację odebrali dopiero dziś rano. I zaczęło się. Do urzędu praktycznie nie sposób się dodzwonić! Na szczęście 300 turystów dziś przyleciało do Polski. Zostało 700...
Chcieliśmy jeszcze raz poprosić prezesa Przewoźnika o komentarz i wyznanie prawdy. Ale jedyne, co usłyszeliśmy, to: "Abonent jest czasowo niedostępny"...