Z jego zeznań wynika, że był potulny jak baranek. "Budowałem nić zaufania z przesłuchiwanymi" - mówił sędziom Ś. Zaprzeczał, jakoby prowadził długie, wykańczające więźniów przesłuchania. Zapewniał, że przesłuchania odbywały się w dobrych warunkach, a przesłuchiwani mogli siedzieć. Mieli nawet przerwy. Podkreślał, że żaden z przesłuchiwanych nigdy nie miał do niego pretensji o złe traktowanie.
Prokurator zarzuca Czesławowi Ś. i jego trzem kolegom, że na przełomie lat 40. i 50. wyjątkowo brutalnie przesłuchiwali trzech generałów AK: Stanisława Tatara, Stefana Mossora i Józefa Kuropieski oraz pułkownika Mariana Utnika. Według prokuratury, bili oficerów, przesłuchiwali ich kilkaset razy i grozili śmiercią. A wszystko po to, żeby zmusić ich do przyznania się do szpiegostwa.
Czesława Ś. nie było łatwo przesłuchać. Kilka razy nie pojawił się na rozprawach. Tym razem doprowadziła go żandarmeria wojskowa. Na początku przesłuchania odmówił składania wyjaśnień. Jak stwierdził - przez zły stan zdrowia. Gdy jednak sąd odczytał jego wcześniejsze zeznania, nagle ozdrowiał. I zdecydował się mówić.
Na następnej rozprawie, za tydzień, będą zeznawać dzieci pokrzywdzonych. Byłym oficerom UB grozi nawet 5 lat za kratkami.