Według Anny Walentynowicz, jej biografia - nakręcona przez niemieckiego reżysera - "znieważa ją i wszystkich Polaków". Pokazując m.in. że jej syn służył w ZOMO, i że robotnicy ostro pili wódkę. Dlatego napisała list do ministra kultury, żeby zajął się obraźliwym filmem Volkera Schlöndorffa.
Ale Walentynowicz walczy też na własną rękę. Wcześniej list napisała do berlińskiego producenta filmu. Zarzuciła twórcom, że brali garściami z jej biograficznej książki "Cień przyszłości", nie pytając jej o zdanie. Dlatego działaczka żąda, by na każdej kopii umieścić informację, że scenariusz powstał na podstawie tej książki.
Ale to nie koniec. Na kopii ma być też informacja, że Walentynowicz nie maczała rąk w przygotowaniach do filmu, i że "narusza on godność osobistą jej, jej syna oraz stoczniowców strajkujących w Gdańsku w 1980 r". Plus milion dolarów odszkodowania (ponad 3 mln zł) . "Mnie nie chodzi o żadne pieniądze, nie chcę od nich nawet dolara, ale jak się w ten sposób nie przemówi, to nie ma żadnej reakcji" - wyjaśnia Walentynowicz.
Producent filmu Jürgen Hasse broni się, że dbał o formalności. I odpisał działaczce, że radzi jej odstąpić od roszczeń. Ale znając zawziętość naszej aktywistki, która walczyła z komunistycznym reżimem, raczej niech nie liczy, że Walentynowicz się podda.