Dziennik Gazeta Prawana logo

Wielkiej armii chcą tylko ci, którzy w niej nie byli

12 października 2007, 13:45
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Uczysz się? Nieważne. Pracujesz? Nieważne. Masz rodzinę? Nieważne. Masz iść do wojska na cztery miesiące i koniec dyskusji! Tego chce prezydent Lech Kaczyński i posłowie, którzy - podobnie jak głowa państwa i jego brat premier - nigdy w wojsku nie byli. Wedle zasady: dobrze tam, gdzie nas nie ma.

Pomysł prezydenta jest prosty. Polacy w kamasze będą szli tylko na cztery miesiące. Ale bez wyjątku, najlepiej między szkołą średnią a studiami. Tylko jedno może ich od tego uchronić - wyjątkowo wątłe zdrowie. Jaki ma być tego efekt? Do wojska ma rocznie trafiać 200 tys. młodych mężczyzn, czyli dwa razy tyle, co obecnie. Bo prezydentowi marzy się wielka armia. Zresztą nie tylko jemu.

Ciekawe tylko, dlaczego za tym pomysłem są posłowie, którzy w wojsku nigdy nie byli, a przeciw ci, którzy swoje już odsłużyli.

Prezydentowi przyklaskuje Wojciech Wierzejski z LPR. "To świetny pomysł" - mówi poseł. Zapewnia, że jakby tylko miał możliwość, to by do armii się zaciągnął, by odsłużyć swoje. Bo - przez studia - nie miał tej okazji. "Szwagier, który przeszedł sześciotygodniowe przeszkolenie, bardzo je sobie chwalił" - mówi dziennikowi.pl Wierzejski i wymienia wiele przemawiających za armią argumentów. "Wyprostował się, zmężniał. Dziewczyny się za nim oglądają" - wymienia poseł.

Artur Zawisza z PiS ma poważniejsze argumenty. "Każdy obywatel jest żołnierzem i powinien odsłużyć swoje, żeby umieć bronić kraj" - twierdzi walecznym tonem obecny szef bankowej komisji śledczej. Jak z jego odsłużeniem? "To nie był mój czas" - mówi z powagą poseł dziennikowi.pl. I przyznaje, że dostał powołanie, ale zdecydował się na kontynuowanie studiów.

Podobnie Wojciech Mojzesowicz - również z PiS. On, choć sam armii uniknął przez kontuzję, posłałby syna do wojska bez chwili namysłu. Jednak tylko pod jednym warunkiem. "Byleby tylko mi go w żniwa nie zabrali" - zwierza się Mojzesowicz.

Ci, którzy mają wojskową przygodę za sobą, mówią wprost: to nieporozumienie. "Nie ma na to pieniędzy" - mówi dziennikowi.pl Bronisław Komorowski z PO, który w rządzie Jerzego Buzka był ministrem obrony. Sam jest po krótkim przeszkoleniu, które wspomina bardzo źle.

"To nie te czasy" - dodaje poseł Samoobrony Janusz Maksymiuk, który odsłużył w armii dwa lata. "Obowiązkówka jest śmieszna, nie ma nic wspólnego z wojskiem. Zawodowcy od siedmiu boleści" - mówi Maksymiuk.

Zgadza się z nimi Piotr Gadzinowski z SLD. Według niego, lepiej szkolić mniej żołnierzy, ale dłużej i poważniej. "Takie krótkie szkolenia to taka zabawa z bronią" - dodaje Gadzinowski. "Jak ja służyłem, to było prawdziwe wojsko" - wspomina.

Nawet były premier Kazimierz Marcinkiewicz chłodno podchodzi do prezydenckiego pomysłu. "Jedynym słusznym dla Polski rozwiązaniem jest armia zawodowa" - mówi nam Marcinkiewicz. Skąd opór wobec pomysłów prezydenta związanego z tą samą partią? To chyba złe wspomnienia.

"Byłem w wojsku za karę" - zwierza się dziennikowi.pl Marcinkiewicz i opowiada, jak to w 1986 roku został do armii powołany za podziemną działalność w "Solidarności". Musiał przerwać pracę. Na 11 miesięcy zostawić żonę i dwójkę dzieci bez środków do życia. "Zwolnili mnie z wojska dopiero, gdy żona urodziła trzecie dziecko" - wspomina.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj