Pomysł prezydenta jest prosty. Polacy w kamasze będą szli tylko na cztery miesiące. Ale bez wyjątku, najlepiej między szkołą średnią a studiami. Tylko jedno może ich od tego uchronić - wyjątkowo wątłe zdrowie. Jaki ma być tego efekt? Do wojska ma rocznie trafiać 200 tys. młodych mężczyzn, czyli dwa razy tyle, co obecnie. Bo prezydentowi marzy się wielka armia. Zresztą nie tylko jemu.
Ciekawe tylko, dlaczego za tym pomysłem są posłowie, którzy w wojsku nigdy nie byli, a przeciw ci, którzy swoje już odsłużyli.
Prezydentowi przyklaskuje Wojciech Wierzejski z LPR. "To świetny pomysł" - mówi poseł. Zapewnia, że jakby tylko miał możliwość, to by do armii się zaciągnął, by odsłużyć swoje. Bo - przez studia - nie miał tej okazji. "Szwagier, który przeszedł sześciotygodniowe przeszkolenie, bardzo je sobie chwalił" - mówi dziennikowi.pl Wierzejski i wymienia wiele przemawiających za armią argumentów. "Wyprostował się, zmężniał. Dziewczyny się za nim oglądają" - wymienia poseł.
Artur Zawisza z PiS ma poważniejsze argumenty. "Każdy obywatel jest żołnierzem i powinien odsłużyć swoje, żeby umieć bronić kraj" - twierdzi walecznym tonem obecny szef bankowej komisji śledczej. Jak z jego odsłużeniem? "To nie był mój czas" - mówi z powagą poseł dziennikowi.pl. I przyznaje, że dostał powołanie, ale zdecydował się na kontynuowanie studiów.
Podobnie Wojciech Mojzesowicz - również z PiS. On, choć sam armii uniknął przez kontuzję, posłałby syna do wojska bez chwili namysłu. Jednak tylko pod jednym warunkiem. "Byleby tylko mi go w żniwa nie zabrali" - zwierza się Mojzesowicz.
Ci, którzy mają wojskową przygodę za sobą, mówią wprost: to nieporozumienie. "Nie ma na to pieniędzy" - mówi dziennikowi.pl Bronisław Komorowski z PO, który w rządzie Jerzego Buzka był ministrem obrony. Sam jest po krótkim przeszkoleniu, które wspomina bardzo źle.
"To nie te czasy" - dodaje poseł Samoobrony Janusz Maksymiuk, który odsłużył w armii dwa lata. "Obowiązkówka jest śmieszna, nie ma nic wspólnego z wojskiem. Zawodowcy od siedmiu boleści" - mówi Maksymiuk.
Zgadza się z nimi Piotr Gadzinowski z SLD. Według niego, lepiej szkolić mniej żołnierzy, ale dłużej i poważniej. "Takie krótkie szkolenia to taka zabawa z bronią" - dodaje Gadzinowski. "Jak ja służyłem, to było prawdziwe wojsko" - wspomina.
Nawet były premier Kazimierz Marcinkiewicz chłodno podchodzi do prezydenckiego pomysłu. "Jedynym słusznym dla Polski rozwiązaniem jest armia zawodowa" - mówi nam Marcinkiewicz. Skąd opór wobec pomysłów prezydenta związanego z tą samą partią? To chyba złe wspomnienia.
"Byłem w wojsku za karę" - zwierza się dziennikowi.pl Marcinkiewicz i opowiada, jak to w 1986 roku został do armii powołany za podziemną działalność w "Solidarności". Musiał przerwać pracę. Na 11 miesięcy zostawić żonę i dwójkę dzieci bez środków do życia. "Zwolnili mnie z wojska dopiero, gdy żona urodziła trzecie dziecko" - wspomina.