Przelała się czara goryczy i lekarze, którzy pracują dwa razy dłużej niż ich koledzy w Europie postanowili zawalczyć o swoje. Zachęcani przez organizacje związkowe, piszą skargi do Komisji Europejskiej. Żądają dostosowania polskiego prawa do unijnego, które pozwalałoby im pracować 48 godzin w tygodniu. Jednak na interwencję Brukseli przyjdzie im trochę poczekać, bo procedury ciągną się latami.
Dlatego oczy wszystkich lekarzy w Polsce skupiły się teraz na pediatrze z Nowego Sącza, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Czesław M. pozwał swój szpital do sądu: w zamian za przymusowo pełnione dyżury domaga się płatnego urlopu. Wyliczył, że tylko za okres od maja 2004 r. (wtedy Polska weszła do UE) do września 2004 r., kiedy złożył pozew, należy mu się 31 dni płatnego urlopu. Już dwa lata czeka na prawomocny wyrok. Być może zapadnie on 31 października.
Jeśli wygra, będzie to precedens na skalę kraju, który może dobić finanse służby zdrowia. W jego ślad pójdą bowiem inni lekarze, a ich pracodawcy, czyli szpitale i przychodnie, musieliby wtedy dać każdemu z nich po kilkadziesiąt dni płatnego urlopu lub wypłacić ekwiwalent. Może to kosztować kilka miliardów złotych.
W Polsce dyżury nie są wliczane do czasu pracy. Ich maksymalna liczba nie powinna przekraczać dwóch w tygodniu (jeden dyżur trwa dobę), ale prawo nie mówi nic o obowiązkowej przerwie. "Oznacza to, że lekarz może być zmuszony do nieprzerwanej pracy trwającej 56 godzin, czyli dyżur plus dzień pracy, plus kolejny dyżur. To chory system, zagraża zdrowiu i życiu pacjentów" - alarmuje przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.
Ale jest i druga strona medalu. Wielu lekarzy bierze dodatkowe dyżury, po prostu aby dorobić. Podstawowa pensja jest bowiem śmiesznie mała. Co więcej, gdyby dyżury wliczały się do czasu pracy, trzeba by było zatrudnić więcej lekarzy, a tych już brakuje, bo wyjeżdżają za chlebem za granicę. Jak na razie wydaje się, że jest to sytuacja bez wyjścia... Jedno jest pewne, potrzebna jest reforma służby zdrowia.