Leszek Miller i Zbigniew Sobotka - tych polityków widział po przyjeździe na miejsce zabójstwa generała Papały, obok Edwarda Mazura, Bogdan Borusewicz, ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych - pisze DZIENNIK.
DZIENNIK: Jaka była Pana pierwsza reakcja na informację o zamordowaniu gen. Marka Papały?
Bogdan Borusewicz: To był szok! Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to ta, że jest to niemożliwe. Chyba byłem wtedy w Sejmie. Służby ministerstwa poinformowały mnie, że stało się to przed domem komendanta na osiedlowym parkingu. Pojechałem na miejsce zbrodni jako zastępca ministra spraw wewnętrznych Janusza Tomaszewskiego. Jego wtedy nie było w Warszawie. Dotarłem tam po 40 minutach od chwili morderstwa.
Co zobaczył Pan na miejscu?
Zastałem tam grupę osób stojących przy samochodzie stołecznego komendanta policji. Stały tam cztery osoby: generał Otrębski, a także politycy SLD: Leszek Miller i prawdopodobnie Zbigniew Sobotka. Był też Roman Kurnik i nieznany mi wysoki, postawny mężczyzna w okularach. Parę lat później skojarzyłem go, gdy zobaczyłem Edwarda Mazura w telewizji polskiej. W dalszej odległości stali dziennikarze i przygodni gapie, których odsunęła policja.
Czy pomyślał Pan, że ów mężczyzna w okularach był znajomym gen. Otrębskiego, Leszka Millera, Sobotki?
Odniosłem wrażenie, że tam jest, bo się z nimi zna. Ktoś z nich go musiał znać, inaczej w tej grupie i w tym miejscu by się nie znalazł.
Czy rozmawiał Pan z kimś z grupy stojącej z Mazurem?
Zapytałem generała Otrębskiego, co robią te osoby tutaj? Jak to się stało, że oni wszyscy znaleźli się na miejscu zbrodni? Otrębski stwierdził, że byli na jakimś spotkaniu i ktoś do nich zadzwonił, że generał nie żyje. Stąd wszyscy od razu tu przyjechali. Nie pytałem więcej. Przyjąłem jego odpowiedź, ale nie jestem pewien, czy wszyscy razem przyjechali na miejsce.
Zapytałem Otrębskiego, co wiadomo na tę chwilę. Z tego, co powiedział, wysnułem wniosek, że morderstwa dokonał ktoś, kto wiedział, jak to robić. Zapytałem też, kto ostatni kontaktował się z Papałą. Otrębski odpowiedział, że rozmawiał z pewnym biznesmenem. Dopytywałem się, czy był już przesłuchiwany? Otrębski powiedział: "rozmawiałem z nim, on tutaj jest". Chciałem nawet poprosić, żeby widzów usunąć, ale pomyślałem, że usuwając ludzi z kierownictwa SLD, największej partii opozycyjnej, naraziłbym się na oskarżenia o ukrywanie czegoś.
Czy do momentu gdy skojarzył Pan nazwisko Mazur z widzianą wówczas osobą – a było to już po pańskim odejściu z MSWiA – lub później, ktoś z prowadzących śledztwo kontaktował się z panem w tej sprawie?
Nikt nigdy mnie o to nie pytał, ale sądzę, że dla osób prowadzących śledztwo od dawna było to oczywiste. Obecność Mazura na miejscu zbrodni musiała być faktem znanym organom ścigania. Bogdan Borusewicz - marszałek Senatu. W 1998 roku, w rządzie Jerzego Buzka pełnił funkcję sekretarza stanu i wiceministra w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji
Bogdan Borusewicz: To był szok! Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to ta, że jest to niemożliwe. Chyba byłem wtedy w Sejmie. Służby ministerstwa poinformowały mnie, że stało się to przed domem komendanta na osiedlowym parkingu. Pojechałem na miejsce zbrodni jako zastępca ministra spraw wewnętrznych Janusza Tomaszewskiego. Jego wtedy nie było w Warszawie. Dotarłem tam po 40 minutach od chwili morderstwa.
Co zobaczył Pan na miejscu?
Zastałem tam grupę osób stojących przy samochodzie stołecznego komendanta policji. Stały tam cztery osoby: generał Otrębski, a także politycy SLD: Leszek Miller i prawdopodobnie Zbigniew Sobotka. Był też Roman Kurnik i nieznany mi wysoki, postawny mężczyzna w okularach. Parę lat później skojarzyłem go, gdy zobaczyłem Edwarda Mazura w telewizji polskiej. W dalszej odległości stali dziennikarze i przygodni gapie, których odsunęła policja.
Czy pomyślał Pan, że ów mężczyzna w okularach był znajomym gen. Otrębskiego, Leszka Millera, Sobotki?
Odniosłem wrażenie, że tam jest, bo się z nimi zna. Ktoś z nich go musiał znać, inaczej w tej grupie i w tym miejscu by się nie znalazł.
Czy rozmawiał Pan z kimś z grupy stojącej z Mazurem?
Zapytałem generała Otrębskiego, co robią te osoby tutaj? Jak to się stało, że oni wszyscy znaleźli się na miejscu zbrodni? Otrębski stwierdził, że byli na jakimś spotkaniu i ktoś do nich zadzwonił, że generał nie żyje. Stąd wszyscy od razu tu przyjechali. Nie pytałem więcej. Przyjąłem jego odpowiedź, ale nie jestem pewien, czy wszyscy razem przyjechali na miejsce.
Zapytałem Otrębskiego, co wiadomo na tę chwilę. Z tego, co powiedział, wysnułem wniosek, że morderstwa dokonał ktoś, kto wiedział, jak to robić. Zapytałem też, kto ostatni kontaktował się z Papałą. Otrębski odpowiedział, że rozmawiał z pewnym biznesmenem. Dopytywałem się, czy był już przesłuchiwany? Otrębski powiedział: "rozmawiałem z nim, on tutaj jest". Chciałem nawet poprosić, żeby widzów usunąć, ale pomyślałem, że usuwając ludzi z kierownictwa SLD, największej partii opozycyjnej, naraziłbym się na oskarżenia o ukrywanie czegoś.
Czy do momentu gdy skojarzył Pan nazwisko Mazur z widzianą wówczas osobą – a było to już po pańskim odejściu z MSWiA – lub później, ktoś z prowadzących śledztwo kontaktował się z panem w tej sprawie?
Nikt nigdy mnie o to nie pytał, ale sądzę, że dla osób prowadzących śledztwo od dawna było to oczywiste. Obecność Mazura na miejscu zbrodni musiała być faktem znanym organom ścigania. Bogdan Borusewicz - marszałek Senatu. W 1998 roku, w rządzie Jerzego Buzka pełnił funkcję sekretarza stanu i wiceministra w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|