Wojciech Stręgiel jest dyrektorem Gimnazjum nr 16 w Łodzi. W zeszłym tygodniu dwóch jego uczniów poszło na wagary. Do szkoły przyprowadzili ich strażnicy miejscy. Niby nic nowego, bo podobne incydenty zdarzały się w przeszłości, ale dyrektor uznał, że ma dosyć. Zaproponował radykalne rozwiązanie - zniesienie obowiązku szkolnego. "Nie chce im się chodzić, to nie ma ich co zmuszać" - mówi DZIENNIKOWI. "Oświata na pewno na tym nie ucierpi. Nauka, tak jak praca, powinna być przywilejem, a nie obowiązkiem".
Stręgiel jest święcie przekonany, że uczniowie przestraszą się wizji wyrzucenia ze szkoły i pójdą po rozum do głowy. Skończy się upokarzanie nauczycieli, znęcanie nad rówieśnikami, picie alkoholu, zmniejszy liczba wagarowiczów. Inni pedagodzy nie podzielają jego optymizmu. "Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co z tymi ludźmi począć po usunięciu ze szkół" - mówi Jan Kamiński, dyrektor łódzkiego „Kopra”, najlepszego liceum w mieście. "Przecież może się zdarzyć, że to ich wcale nie zdyscyplinuje. Może wylądują na ulicy, pójdą w patologię..."
W podobnym tonie wypowiada się Mariola Zajdlic, dyrektor Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Łodzi. "Zawsze można powiedzieć, że ci, co będą mieli chodzić do szkoły, to i tak będą to robili. Ale niektórym, dzieciom i rodzicom, trzeba przypominać, że to jest obowiązek. Jeśli go zaniechamy, osiągniemy wtórny analfabetyzm" - mówi Zajdlic. Przyznaje, że gimnazja mają problem z realizacją obowiązku nauczania, ale nie mogą z niego rezygnować. Pani dyrektor ma ma to swoją receptę. "Twórzmy mniejsze klasy, mniejsze szkoły, w których wszyscy będą się znali. Wtedy łatwiej odczuć większą współodpowiedzialność za grupę" - przekonuje.
Ale nie wszyscy są tak krytyczni wobec pomysłu dyrektora Stręgiela. Wioletta Nowak z Gimnazjum nr 22 w Poznaniu jest nim zachwycona, choć wprowadziłaby kilka poprawek. "Jestem jak najbardziej za" - mówi bez ogródek. "Z podstawówek trafiają do nas bardzo często uczniowie, którzy nie potrafią dobrze policzyć do dziesięciu. Chodzą do szkoły, bo muszą. Zwolnijmy młodzież z tego obowiązku, ale znajdźmy jakieś rozwiązanie. Może powinny powstać specjalne gimnazja przyuczające do zawodu. Może uda się wymyśleć jakiś wspólny projekt z poradniami psychologicznymi" - zastanawia się głośno.
Przed rewolucją ostrzega jednak Tomasz Bilicki z Centrum Służby Rodzinie w Łodzi. "W moim przekonaniu obowiązek szkolny jest związany z prawami dziecka i każdy młody człowiek powinien przejść <szkolną ścieżkę życia>” - mówi Bilicki. "Poza tym może być przecież realizowany w szkole, gdzie nie ma ławek i dzwonków. Ba, może być realizowany nawet w dom. Nie widzę argumentu, dla którego mielibyśmy z tego zrezygnować. Gdy to zrobimy, najsłabsze dzieci wypadną nam z obiegu społecznego".