"Nie zrobiłam nic złego" - powiedziała dziś przed sądem Maria Machera. Mimo to Lech Kaczyński miał domagać się jej zwolnienia z pracy w 2003 roku. Dlaczego? Bo był niezadowolony z opieki nad jego znajomą - dziś minister w Kancelarii Prezydenta.

"Wszystkim pielęgniarkom, które opiekowały się chorą, ówczesny prezydent Warszawy groził zwolnieniem z pracy" - mówi Machera. Według niej prezydent dopiął swego. Kilka dni po jego wizycie w szpitalu kobieta straciła pracę. "Dyrektorka szpitala powiedziała, że jeśli nie zgodzę się na zwolnienie za porozumieniem stron, to będzie mi bruździć" - twierdzi Machera.

Co na to Lech Kaczyński? On i jego znajoma twierdzą, że nikt nikomu nie groził, a pielęgniarki były po prostu niegrzeczne. Tak mówi też dyrektorka szpitala. "Machera straciła pracę właśnie z powodu niewłaściwego zachowania" - twierdzi.

Ale pielęgniarka wygrała już jeden proces przeciwko Szpitalowi Bielańskiemu. Sąd stwierdził, że Machera zgodziła się na zwolnienie z pracy, bo dyrektorka groziła jej kłopotami. Jednak sędzia zastrzegł, że prezydent nie miał z tym nic wspólnego. Szpital powinien wypłacić pielęgniarce 4 tys. złotych zaległej pensji.

Teraz Machera wytoczyła szpitalowi proces cywilny i domaga się nie tylko kolejnych 5 tys. złotych odszkodowania, ale także przeprosin za nieuzasadnione zwolnienie.