Szef BOR Marian Janicki opisywał śledczym, jak zachowywali się oficerowie biura, odpowiedzialni za ochronę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. - wynika z dokumentów, do których dotarł "Newsweek". - dodawał generał.
Gdy Janicki dopytywał się o co chodziło Florczakowi, ten mówił dalej. - miał powiedzieć swemu dowódcy.
Prokuratorzy mają też informacje, które nie są dobre dla szefa BOR. Jeden z przesłuchanych agentów BOR mówił, że szef ochrony wściekał się na swych podwładnych. Paweł Janeczek miał narzekać na zbyt małą uwagę przykładaną do profesjonalizmu agentów. Brakowało nawet cywilnego umundurowania - pisze "Newsweek. Do tego generał Janicki, jak wynika z artykułu tygodnika obraził się za brak awansu. - miał powiedzieć funkcjonariusz śledczym.
A to nie koniec ciekawych materiałów z akt śledztwa. Okazało się, że chorąży Remigiusz Muś składał różne zeznania. Polskim śledczym mówił o trzech wybuchach i komendzie zejścia Tupolewa do 50 metrów wydanej z wieży w Smoleńsku. Rosyjskim prokuratorom mówił zupełnie co innego. Nie dość, że nie powtórzył tez o trzech wybuchach, to jeszcze obciążył swego dowódcę. Przyznał, że porucznik Artur Wosztyl nie uzgodnił lądowania z wieżą. Zawsze istnieje taki obowiązek, nie słyszałem, by był on dopełniony - mówił. Pytany, na kim ciąży odpowiedzialność, powiedział rosyjskim śledczym, że odpowiadał za to dowódca, porucznik Artur Wosztyl.