Oficer wywiadu, który w 2010 kontrolował rezydenturę wywiadu w Moskwie opowiada, co działo się po katastrofie smoleńskiej. 10 maja pojawił się w ambasadzie mężczyzna, który twierdził, że ma dowody, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu. - tłumaczy "Gazecie Wyborczej" polski agent. Centrala sprawdziła raport informatora. Specjaliści doszli do wniosku, że to prowokator FSB, który miał skompromitować polskie służby. - dodaje oficer.
Mężczyzna zapewnia, że nawet, jeśli człowiek, który przyniósł informacje do ambasady, byłby chory psychicznie, to polski wywiad i tak by go chronił. - dodał. Podobnego zdania są byli szefowie polskich służb. Piotr Niemczyk, współtwórca UOP uważa nawet, że celem prowokacji było .
Uważa on też, że prowokacja, która nie udała się teraz, zadziałała dziś. Podczas audytu rządów PO-PSL mówił też o niej Mariusz Kamiński. Sugerował, że kontakt zlekceważono, a dane informatora ujawniono FSB. Prawicowe media pisały więc o "moskiewskiej zdradzie" i domagały się głów, odpowiedzialnych za nią oficerów.