– powiedziała PAP w czwartek rzeczniczka prasowa Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście Monika Woźniak-Lewandowska. Dodała, że gdy ten koncentrat jest zamknięty w ładowniach, może się wytwarzać gaz - przekroczenie jego określonego stężenia może zaś zagrażać wybuchem lub zatruciem ludzi.
– podkreśliła Woźniak-Lewandowska.
"Gazeta Wyborcza" podała w czwartek, że 180-metrowy masowiec Lintan, pływający pod banderą Hongkongu, zacumował w szczecińskim porcie 18 grudnia przy Nabrzeżu Katowickim. – podała gazeta.
Dziennik pisał, że po otwarciu ładowni koncentrat cynku został rozładowany, ale nie do końca. "W ostatnim etapie, kiedy w ładowniach pozostają resztki, na ich dno muszą zejść dokerzy. Przy pomocy łopat i sprzętu mechanicznego zagarniają pod portowe dźwigi sypki ładunek, umożliwiając tym samym opróżnienie ładowni do końca" – wskazano. Powołując się na jednego z portowców, który prosił o zachowanie anonimowości, dziennik podał też, że dokerzy nie chcą zejść do ładowni statku, bo po zagazowaniu (chodzi o metodę gaśniczą – PAP) nie ma tam tlenu.
Jak powiedział PAP spedytor Krzysztof Pilarski ze spółki Polsad, po przybyciu statku do portu ładunek zaczął "niespodziewanie wydzielać dwutlenek siarki". Zaznaczył, że konieczne było znalezienie brygady, która przy użyciu odpowiedniego sprzętu rozładuje towar.
Koncentrat cynku na masowcu "Lintan" przypłynął do Szczecina z Australii.