Po publikacjach DZIENNIKA Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO, przewodnicząca komisji, zwołała na najbliższą środę jej specjalne posiedzenie. Temat: artykuły DZIENNIKA na temat sytuacji w "Wiadomościach”. W czwartek i piątek DZIENNIK opisał historię Łukasza Słapka, zwolnionego dziennikarza tego programu informacyjnego. Reporter opowiedział, jak Patrycja Kotecka, wiceszefowa AI sprawująca nadzór nad "Wiadomościami” przed wyborami zachęcała go do przygotowywania materiałów kompromitujących polityków Platformy Obywatelskiej na podstawie dostarczonych przez siebie informacji i za ekstrawycenę.

"To co się dzieje w telewizji, to skandal. Chcemy, aby prezes Urbański zweryfikował publikacje prasowe, które ukazują się na temat nie tylko działalności pani Koteckiej, ale też awansów i nowych kontraktów, które zostały podpisane w telewizji w ostatnich tygodniach" - mówi Iwona Śledzińska-Katarasińska. Jak udało nam się dowiedzieć, z prezesem Urbańskim w ciągu najbliższych dwóch tygodni ma się też spotkać Aleksander Grad, minister skarbu, który sprawuje nadzór właścicielski nad TVP. "Minister na pewno zapyta o to, co się dzieje w <Wiadomościach>" mówi jeden ze współpracowników Aleksandra Grada.

Oświadczenie w sprawie naszych publikacji wydało też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich: "Informacje prasowe o łamaniu dziennikarskiej niezależności i zwolnieniach dziennikarzy, którzy narazili się kierownictwom redakcji, budzą najwyższe zaniepokojenie” - czytamy w piśmie Krystyny Mokrosińskiej, szefowej SDP. Tymczasem docierają do nas kolejne przykłady kontrowersyjnej działalności wiceszefowej Agencji Informacji. Wojciech Brzeziński odszedł z redakcji "Wiadomości” w czerwcu. Nie godził się z metodami stosowanymi przez Patrycję Kotecką. "Dopóki szefem był Radek Rybiński, siedziała cicho. Uaktywniła się dopiero przy sprawie śmierci Barbary Blidy. Gdy robiliśmy materiał o tym, że mąż Blidy będzie się domagał odszkodowania od ABW, wpadliśmy na pomysł, by nawiązać do historii postrzelonego chłopaka, który wygrał taką sprawę z policją. <Pati Koti> (telewizyjny pseudonim Koteckiej) strasznie się ucieszyła, mówiąc: "Tak, i koniecznie dodamy, że to był Ryszard Kalisz, Kalisz, który ma krew na rękach" - relacjonuje reporter.

Opowiada także o innych sytuacjach: "Gdy odszedł Rybiński, Kotecka praktycznie nie ruszała się z newsroomu. Najaktywniejsza stawała się około 18.30, na godzinę przed startem głównego wydania <Wiadomości>. Czytała wszystkie materiały i nanosiła swoje poprawki. Brzeziński opisuje sposoby łamania kręgosłupów młodym dziennikarzom" -Od początku próbowała podkupić reasercherów i młodych reporterów. Podrzucała im tematy, chodziła nawet na papierosa, choć sama nie paliła.

Zdaniem Wojciecha Brzezińskiego opisany przez nas przypadek Łukasza Słapka i zarzuty przez niego stawiane są prawdziwe. "Ja nie byłem na wycenach, więc Kotecka nie mogłaby mi zaproponować większych pieniędzy. Ale praktycznie wszyscy reasercherzy opowiadali o tym, że Patrycja Kotecka lepiej płaciła za materiały zgodne z jej linią polityczną" - twierdzi dziennikarz. Sama Kotecka nie traci pewności siebie. Wczoraj zjawiła się na Woronicza, aby złożyć życzenia imieninowe Andrzejowi Urbańskiemu.

Żałuję, że nie nagrywałem wielu sytuacji

BARBARA SOWA: Patrycja Kotecka była częstym gościem w redakcji?

Pracownik "Wiadomości”: Owszem, ale rzadko przychodziła na kolegia, pojawiała się później. Nawet zanim została oficjalnie szefem i mogła coś nakazać, to przychodziła do newsroomu i toczyła nieoficjalne rozmowy z wydawcami i reporterami.

Po co?

Podsuwała pomysły i dokumenty, fragmenty jakiś przesłuchań. Czasem były to nawet zeznania świadków, pojawiły się m.in. dokumenty w sprawie Edwarda Mazura. Ale wszystkie te materiały były na tyle szczątkowe, że nie nadawały się na porządny materiał. Gdybyśmy to zrobili, po prostu byłby obciach. A gdy zarzucaliśmy Koteckiej, że nie znajdziemy do niego rozmówców, to mówiła, że może udostępnić pełen kajet kontaktów. Jeszcze wtedy była formalnie nikim, nie miała funkcji i nie mogła nic nakazać.

Co się zmieniło, kiedy została szefową?

Często przychodziła do newsroomu, stała nad wydawcą i napierała, żeby materiał wyglądał zgodnie z jej życzeniami, razem zresztą z Dorota Macieją (szefowej "Wiadomości” - przyp. red.).

Jednak to Kotecka interweniowała w najbardziej palących sprawach. To ona chciała, żeby w "Wiadomościach” nie pojawiła się informacja dnia, gdy w Boże Ciało biskup Michalik powiedział na kazaniu, że zarówno partia rządząca, jak i opozycja nie zdały egzaminu moralnego, mając na myśli zaostrzenie aborcji. Kotecka zadzwoniła do reportera, ale on ją odesłał do wydawcy. Na szczęście poszło to jako wiadomość dnia. Ale reporter, który się postawił, oczywiście już nie pracuje. Kolejną sprawą były pielęgniarki. Przykłady można by mnożyć.

Ale zdaniem Krajowej Rady Radiofonii i prezesa TVP nic się takiego nie dzieje.

Większość sytuacji opisywanych przez prasę miała miejsce. Oczywiście można iść w zaparte i mówić, że czarne nie jest czarne, a białe nie jest białe. Dowodów nie ma, bo nikt tam nie stał i nie nagrywał. Nie ma też poleceń wydawanych na piśmie.

A co z najważniejszym zarzutem, wytaczanym m.in. przez Słapka, że Kotecka płaciła ekstra za materiały, na których jej zależało?

Bliżej kampanii wyborczej zaczęło być głośno, że Kotecka za niektóre materiały polityczne obiecywała większą kasę. W ten sposób chciała przekabacić niektórych reporterów, uczynić ich swoimi ludźmi. Po prostu ich kupić. Tak naprawdę już wiosną sprawdzała, kto mógłby tworzyć jej gwardię. Mówiła, że chce odświeżyć "Wiadomości”.