Dziennik Gazeta Prawana logo

To matka wydała nożownika

19 lipca 2008, 01:32
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
To matka wydała nożownika
Inne
Nie czuje ani cienia skruchy czy żalu. I nie ma wyrzutów sumienia - pisze "Fakt". "A ta suka żyje? Jeszcze nie zdechła?" - rzucił wczoraj do policjantów Sebastian S., który dźgnął nożem swoją ciężarną żonę. Został zatrzymany po trzech dniach poszukiwań. Wydała go własna matka. Co czuła, oddając w ręce policji syna? Nawet o tym nie myślała. Bała się, że syn ją zabije.

Było wpół do dziesiątej, gdy bandzior wpadł wczoraj jak burza do domu swojej matki w Komorzu Nowym w Wielkopolsce. Pierwszy zauważył go mały 3-letni Krzyś, jego siostrzeniec, i zaczął przeraźliwie krzyczeć. "Jak go zobaczyłam, to zamarłam. Miał zakrwawione spodnie i brudną twarz. Mówił, że chce się tylko umyć i przebrać, a później mogą wzywać policję, bo wie, że i tak pójdzie siedzieć" - opowiada "Faktowi" jego zdenerwowana matka Anna S. Zdążyła jeszcze powiedzieć do córki: "Zobacz! Przyszedł ten morderca".

I od razu chwyciły za słuchawkę, żeby zadzwonić po policję. "Nie chciałyśmy czekać, aż nas wymorduje" - mówią. Rodzina opowiada, że Sebastian S. zawsze był nieobliczalny. "Tłukł mnie tak mocno, że wstydziłam się pokazać fioletowe od siniaków ręce" - wspomina jego własna matka. Tylko gdy siedział za kratkami, kobiety miały spokój. Gdy niedawno wrócił z więzienia, znów zaczęło się piekło. Bały się go jak ognia, ale nie dopuszczały do siebie myśli, że może posunąć się do zabójstwa - pisze "Fakt".

Przeszedł sam siebie, gdy w środę zaatakował ciężarną żonę. Chciał zabić, bo nosiła pod sercem dziecko innego mężczyzny. Dwa razy wbił jej nóż głęboko w duży brzuch. Zranił poważnie nie tylko ją, ale również jej dziecko. Lekarzom udało się uratować Edytę S. i jej synka. Kobieta cały czas bała się jednak, że opętany chęcią zemsty mąż wróci i zamorduje ją albo jej dziecko. Bała się również rodzina zwyrodnialca.

"Gdy zaczęłyśmy dzwonić, od razu uciekł z domu i dał nura w krzaki. Schował się jakieś 10 metrów od domu" - opowiada "Faktowi" Anna S. Za chwilę na miejsce przyjechali policjanci. Spodziewali się, że bandzior będzie stawiał opór, że może być uzbrojony. Na miejsce przyleciał policyjny śmigłowiec, stawiła się cała brygada antyterrorystów. Okrążyli dom i zaczęli szukać Sebastiana S. Bandzior czołgał się w krzakach. Jeszcze miał nadzieję, że uda mu się uciec, że kolejny raz się wywinie. Nic z tego.

"Boże, kamień spadł mi z serca" - westchnęła Anna S., widząc, jak policja prowadzi jej syna do radiowozu. Nawet rodzona matka nie potrafiła znaleźć usprawiedliwienia dla czynu, jakiego się dopuścił jej syn. "Powinni go skazać na dożywocie. Tak, żeby już nikogo w życiu nie skrzywdził. Mógł zabić Edytę i jej synka. To dla mnie najszczęśliwszy dzień w życiu" - mówi "Faktowi" kobieta.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj