Sprawa "Króla dopalaczy" miała rozpocząć się już 17 listopada, ale została odroczona ze względu na niedyspozycję jego obrońcy. Również z tego powodu spadły z wokandy kolejne terminy rozpraw.

Reklama

11 grudnia proces miał w końcu się rozpocząć. Jan S. został doprowadzony do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga z aresztu śledczego w Piotrkowie Trybunalskim. Oskarżony był skuty zespolonymi kajdankami i ubrany w czerwony strój, którym oznacza się osadzonych uznanych za niebezpiecznych. Na ławie oskarżonych znaleźli się również jego ojciec Jacek S. oraz partnerka Paulina C.

Tym razem sędzia Agnieszka Brygidyr-Dorosz nie mogła otworzyć przewodu sądowego z uwagi na nieobecność czwartego z oskarżonych, którego stawiennictwo było obowiązkowe. Chodzi o Tobiasza N., który – zdaniem oskarżyciela publicznego – miał dla Jana S. prać za granicą pieniądze z dopalaczy. W aktach sprawy znalazła się notatka sporządzona 22 listopada przez funkcjonariuszy z Komendy Powiatowej Policji w Kędzierzynie-Koźlu. Sędzia Brygidy-Dorosz poinformowała, że Tobiaszowi N. wezwanie na rozprawę zostało doręczone osobiście, ale odmówił podpisania pokwitowania odbioru tego dokumentu.

"Nie ma wyłączeń z okazji świąt, ani innych sytuacji"

Adwokat Jana S., mecenas Antoni Kania-Sieniawski prosił sąd, by ten wyraził zgodę na rozkucie jego klienta i umożliwienie mu zdjęcia kurtki, bo "jest mu gorąco", ale sąd się nie zgodził. Sędzia nie wyraziła także zgody na widzenie "Króla dopalaczy" z jego partnerką i członkami rodziny, które miałoby się odbyć po rozprawie na terenie sądu.

Przed świętami już się nie zobaczą – podkreślał mecenas. Do jego wniosku przychylił się nawet prokurator, proponując, że mógłby takie spotkanie osobiście dozorować. Sąd nie znajduje przepisów, które by to uzasadniały. Nie ma wyłączeń z okazji świąt, ani innych sytuacji – podsumowała sędzia.

Proces najprawdopodobniej ruszy 15 stycznia 2021 r.

Prokuratura zarzuca Janowi S. popełnienie 17 przestępstw, w tym kierowanie w latach 2014-2020 zorganizowaną grupą przestępczą produkującą dopalacze, udzielającą środków psychoaktywnych i handlującą nimi, głównie za pośrednictwem sklepu internetowego "Predator-rc". Jan S. odpowie też m.in. za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia ponad 16 tysięcy osób poprzez wprowadzenie do obrotu ponad 350 kilogramów dopalaczy.

Pralna pieniędzy

Jego ojciec Jacek S., z zawodu adwokat, miał dla syna wziąć w leasing luksusowy samochód marki Audi model RS6 Avant Performance. Leasing opiewał na kwotę 567 tys. zł i był spłacany przez użytkownika auta Jana S., choć ten w tym okresie nie posiadał uprawnień do kierowania pojazdami. Według prokuratury, ojciec pomagał w ten sposób "Predkowi" (kolejny pseudonim "Króla Dopalaczy" - PAP) ukryć przestępne pochodzenie pieniędzy. Adwokat miał też użyczać synowi telefon komórkowy zarejestrowany na swoją kancelarię i ostrzegać go, wysyłając linki z informacjami o nowelizacji przepisów dotyczących handlu dopalaczami.

Urodzona w 1992 r. Paulina C., partnerka i matka dziecka Jana S., odpowie przed sądem za wprowadzanie dopalaczy do obrotu i pranie pieniędzy. Oficjalnie bezrobotna i nieposiadająca majątku kobieta miała być prawą ręką Jana S. Ustalono, że C. wielokrotnie dokonywała zakupu za gotówkę biżuterii, odzieży i galanterii. Pieniędzmi z dopalaczy zapłaciła także za operację plastyczną powiększania biustu, co kosztowało 15 ty. zł.

Tobiasz N., który nie stawił się w piątek w sądzie, jest oskarżony o to, że na prośbę Jana S. założył w Czechach spółkę mającą w rzeczywistości być pralnią pieniędzy zarobionych na dopalaczach.

Śledztwo, które zrujnowało imperium "Króla dopalaczy", zaczęło się od śmierci mieszkańca warszawskiego Targówka. 22 września 2017 r. w mieszkaniu przy ul. Malborskiej w Warszawie rodzina znalazła zwłoki 16-letniego Filipa. Chłopiec siedział przy biurku, wyglądał, jakby zasnął przed komputerem z głową opartą o blat. Chwilę wcześniej dzielił się ze znajomymi przez komunikator wrażeniami po zażyciu dopalaczy.

Przy zwłokach technicy kryminalni znaleźli 1,24 g środków opisanych jako "BUC" oraz inne substancje psychotropowe. Historia transakcji z jego konta bankowego wskazuje, że dopalacze ze strony "Predator-rc" zakupił sześć razy. Pieniądze wysyłał na konta osób powiązanych z "Predkiem".

Prokuratura ustaliła, że 16-latek zmagał się z zaburzeniami depresyjnymi, leczył się. Zażywaniem dopalaczy chwalił się rówieśnikom, którzy wiedzieli, że "testuje" niebezpieczne używki. Filip zmarł w wyniku zatrucia fentanylem zawartym w "BUC-ach". Po jego śmierci w sortowni firmy kurierskiej ujawniono kilka nieodebranych paczek, wysyłanych od nadawcy o fikcyjnych danych. W opakowaniach znaleziono m.in. BUC-3 i BUC-8.

Prokuratura ustaliła, że pieniądze od klientów trafiały na rachunek obywatela Ukrainy, a następnie były wypłacane na stacji benzynowej w okolicach Brwinowa lub w centrum Warszawy, przy ul. Dobrej. Tak udało się namierzyć "centrum dystrybucji dopalaczy". Na miejscu zabezpieczono kilkadziesiąt kilogramów substancji psychoaktywnych w tym torebki z "BUC-3" i "BUC-8", wagi, opakowania i komputery, na których ujawniono grafiki i opis 198 substancji sprzedawanych za pośrednictwem serwisu "Predator-rc".

Przy porcjowaniu i pakowaniu dopalaczy pracowali kuzyni "Predka" - Dominik G. i Patryk G. Z ich wyjaśnień wynika, że przychody "Predatora-rc" to kwoty od kilkunastu do 45 tys. zł dziennie. Sami otrzymywali 700-800 zł dniówki.

Płatności kryptowalutą bitcoin

Dzięki wnikliwej pracy operacyjnej przejęto kilka przesyłek z hurtową zawartością dopalaczy z Holandii. Ustalono, że tylko za pośrednictwem jednej z firm kurierskich "Król Dopalaczy" zamówił 700 kg śmiercionośnych substancji, a u chińskiego dystrybutora składał zamówienia na 100-kilogramowe dostawy substancji i prekursorów do tworzenia dopalaczy. Wartość jednego zamówienia wynosiła ponad 100 tys. dolarów. Paczki przychodziły m.in. na adres wirtualnego biura firmy założonej w 2016 r. przez Jana Krzysztofa S. o nazwie "Ball and Roll Sp. z o.o." z siedzibą w Galerii Ursynów.

Prokuratura ustaliła, że pieniądze z handlu dopalaczami były natychmiast wypłacane bądź przesyłane między rachunkami i trafiały na holenderskie lub czeskie konta Jana S. oraz były inwestowane w kolejne dostawy z Holandii i Chin. Na późniejszym etapie grupa coraz częściej korzystała z płatności kryptowalutą bitcoin, która zapewnia anonimowość transakcji i utrudnia ustalenie kwot przepływających przez wirtualny portfel.

Śledczy nie mają wątpliwości, że grupa "Króla dopalaczy" uczyniła sobie z przestępczej działalności stałe źródło dochodu. Sklep "Predator-rc" był liderem na rynku dopalaczy. Udało się to m.in. codziennym promocjom, zachęcającym do kupowania większych ilości dopalaczy za niższą cenę. "Predator-rc" szukał także chętnych do testowania nowych produktów, które miały być wysyłane bezpłatnie. Zaopatrywał w używki klientów z Europy, ale także z USA, Australii, Meksyku. Z zakupów u "Króla Dopalaczy" skorzystało – według prokuratury - 16 tys. użytkowników.

Od marca 2017 do maja 2018 r. sklep zarobił co najmniej 16,7 mln zł, a prokuratura szacuje, że w pozostałym okresie funkcjonowania grupy, mógł zarobić jeszcze 4 mln zł.

Po zatrzymaniach w 2018 r. "Predator" zawiesił działalność informując klientów o problemach technicznych. Wkrótce wyszło na jaw, że jeszcze w kwietniu 2018 r. Jan S. zorganizował przy ul. Puławskiej kolejną "sortownię" dopalaczy, zlikwidowaną półtora miesiąca później. Zatrzymani tam mężczyźni szczegółowo opisali swoją pracę.

Jeden z nich miał zacząć pracę w sortowni będąc jeszcze nastolatkiem. Według prokuratury "Król dopalaczy" zastraszał podwładnych i instruował, jakie wyjaśnienia powinni złożyć w przypadku zatrzymania przez policję. S. zapewniał im także pełnomocników, którzy – jak ustaliła prokuratura – mieli pilnować, żeby podejrzani nie naprowadzali śledczych na jego osobę.

Czynności Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga-Północ zbiegły się ze śledztwem Centralnego Biura Śledczego Policji, które namierzało paczki z dopalaczami wysyłane z Chin do Holandii, a następnie do Polski. Tylko po wejściu nowych przepisów, stawiających handel dopalaczami na równi z narkotykami, "Predek" zamówił 350 kg przesyłek.

Z aktu oskarżenia wynika, że "Król dopalaczy" pośrednio przyczynił się do śmierci 16-letniego Filipa z Warszawy, 15-letniego Damiana z Biłgoraju, 23-letniego Artura z Radomia i dwóch młodych Polaków: Mateusza i Krystiana, których ciała 12 lutego 2018 r. ujawniano w miejscowości Rugby w Wielkiej Brytanii. 18-letni Bartek ze Świdnika i Ania ze Strzelec Opolskich zostali odratowani w szpitalu. Wszyscy zatruli się fentanylem zawartym w "BUC-8".

"Król dopalaczy" po tym, jak media obiegła informacja o zatruciach sprzedawanym przez niego środkiem, zmienił etykiety do BUC-8 na takie, z których wynikało, że produkt nie nadaje się do spożycia. Dopalacze oficjalnie miały mieć przeznaczenie kolekcjonerskie lub doświadczalne. Według prokuratury, środki chemiczne były bezrefleksyjnie dystrybuowane, bez sprawdzania ich składu, a często wysyłano klientom inne chemikalia niż zamówione. Umieszczenie na opakowaniach informacji, że środek nie nadaje się do spożycia miało stworzyć pozory legalności działalności, a tym samym zniesienie odpowiedzialności sprawców – uważa prokuratura.

Poszukiwany dwoma listami gończymi

Oskarżyciel publiczny zebrał dowody świadczące o tym, że to właśnie Jan S. odgrywał kluczową rolę w grupie, zatrudniał ludzi, dzielił zadania i finanse. Według śledczych, nadzorował swój biznes nawet podczas zatrzymania w 2018 r. w Holandii, gdzie na terenie jednostki penitencjarnej miał dostęp do komunikatorów internetowych. Z notatek Jana S. prokuratura dowiedziała się, że planował zainwestować w mercedesa e63 AMG, bentley’a, stajnię oraz mieszkania "na słupa". Gotówką - 196 tys. zł - zapłacił za pięć luksusowych zegarków. Za wynajem mieszkania przy ul. Tamka w Warszawie płacił co miesiąc 11 tysięcy.

"Król Dopalaczy" był poszukiwany dwoma listami gończymi, w tym Europejskim Nakazem Aresztowania. Ukrywał się głównie w Holandii. Był tam nawet zatrzymywany w maju 2018 r., ale tamtejszy sąd nie zgodził się na jego aresztowanie i wyznaczył kolejny termin posiedzenia. W międzyczasie "Król" zniknął. Został zatrzymany 3 stycznia 2020 r. w Milanówku, w okolicach domu swoich rodziców.

2 grudnia 2020 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie ruszył inny proces Jana S. Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu oskarżył "Króla dopalaczy" o zlecenie zabójstwa ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro, a także nakłanianie do nękania funkcjonariuszy i usiłowanie wręczenia łapówek.

W sumie Jan S. odpowiada za 14 przestępstw. Nie przyznał się do zarzutów stawianych mu w oskarżeniu. "Zrozumiałem te słowa, natomiast treść zarzutów dotyka niedorzeczności" - oświadczył Jan S.