Dziennik Gazeta Prawana logo

Obama rozczaruje, a porażki zrzuci na Busha

7 listopada 2008, 23:03
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Obama jest dla swoich zwolenników kimś znacznie więcej niż politykiem. Oni go kochają. Nie jest to jednak miłość bezwarunkowa. Poparcie dla niego spadnie bardzo szybko i drastycznie, jeśli nie wywiąże się ze złożonych w czasie kampanii obietnic. A tu ciężko mu będzie o zawrotne sukcesy - pisze w DZIENNIKU Edward Luttwak.

Osią kampanii McCaina było równie drogie naszemu społeczeństwu pojęcie indywidualizmu. Zarówno programy McCaina, jak i Obamy opierały się na tradycyjnych aspektach amerykańskiej tożsamości. Zwycięstwo tego drugiego jest wynikiem splotu różnych przyczyn, spośród których duża część pozostawała poza kontrolą obu kandydatów.

Po pierwsze całkowicie naturalne jest, że po kilku latach rządów jednej partii część ludzi domaga się zmiany. Po drugie Republikanom w utrzymaniu się przy władzy nie pomogła skrajna niepopularność prezydenta Georgea Busha. Po trzecie kryzys ekonomiczny bardzo niekorzystnie dla McCaina ujawnił się z całą siłą tuż przed wyborami. W tej sytuacji doświadczenie dyplomatyczne i militarne kandydata Partii Republikańskiej zeszło na drugi plan. Dodatkową przyczyną tego stanu rzeczy była też, o ironio, poprawa sytuacji w Iraku. Kiedy doda się do siebie siłę oddziaływania wszystkich wymienionych czynników, oczywiste stanie się to, że droga do prezydentury kandydata republikańskiego - niezależnie od tego, czy byłby nim McCain, czy ktokolwiek inny - nie mogła być usłana różami.

Nawet najbardziej zagorzały przeciwnik nowego prezydenta nie może twierdzić, że dostał się on do Białego Domu wyłącznie dzięki pechowi swojego rywala. Siłą napędową kampanii wyborczej Baracka Obamy była jego charyzmatyczna osobowość oraz hasło przemian, które rozbudziły ogromne oczekiwania milionów Amerykanów. Kampania Demokraty okazała się wielkim sukcesem. Jest też przykładem strategii doskonale dopasowanej do osobowości i przeszłości politycznej kandydata. Obama to człowiek, który wystartował w wyborach prezydenckich po zaledwie czterech latach spędzonych w Senacie. Nie ma doświadczenia, a do czasu wyborów nie był też szerzej znany. Musiał wykreować się na charyzmatycznego przywódcę, bowiem w przeciwnym razie poległby na samym początku rywalizacji. Cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za to zwycięstwo, może okazać się jednak bardzo wysoka. Już teraz można powiedzieć, że nowemu prezydentowi bardzo trudno będzie utrzymać się w Białym Domu dłużej niż jedną kadencję.

Istotnym warunkiem wstępnym odniesienia sukcesu na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych jest odpowiedni sposób dojścia do władzy. Zazwyczaj wyborcy podejmują decyzję, opierając się na zasadzie mniejszego zła. Nie kochając naprawdę żadnego z pretendentów, decydują się na jednego, tylko dlatego że wydaje im się mniej uwikłany w różnego rodzaju brudne sprawy niż jego przeciwnik. Brzmi to paradoksalnie, ale tak wybranemu politykowi znacznie łatwiej jest zdobyć uznanie obywateli. Jeśli bowiem do urzędu prezydenckiego wynosi danego człowieka potężna fala entuzjazmu, spełnienie oczekiwań obywateli staje się właściwie niemożliwe. Najlepszym przykładem historycznym potwierdzającym tę opinię jest prezydentura Jimmyego Cartera. Myślę, że podobnie byłoby w wypadku Johna Kennedyego, gdyby nie tragiczny koniec, jaki go spotkał. Ogromna fala nadziei, która wynosi kandydata na najwyższe stanowisko, cofając się, zabiera go ze sobą.

Cztery lata rządów Jimmyego Cartera zaowocowały dwunastoma latami rządów Republikanów - ośmioma Ronalda Reagana i czterema Georga Busha seniora. Efekt Cartera trwał więc ponad dekadę. Nie wiem, czy Obamę czeka podobny los. Jednak podobnie jak Carter Obama jest dla swoich zwolenników kimś znacznie więcej niż politykiem. Oni go kochają. Nie jest to jednak miłość bezwarunkowa. Poparcie dla niego spadnie bardzo szybko i drastycznie, jeśli nie wywiąże się ze złożonych w czasie kampanii obietnic.

Spełnienie ich będzie tym trudniejsze, że na wielu polach jego możliwości manewru są bardzo ograniczone. Dobrym przykładem jest walka z kryzysem gospodarczym. Podczas kampanii prezydenckiej bardzo często przeciwstawiano sobie obu kandydatów, opierając się na ich odmiennych wizjach polityki ekonomicznej. Kiedy jednak zostawimy na boku deklaracje przedwyborcze i zastanowimy się nad możliwością ich realizacji, różnice pomiędzy oboma politykami staną się nieistotne. Kryzys finansowy do tego stopnia ograniczył możliwości prowadzenia polityki gospodarczej, że zwycięstwo jednego lub drugiego kandydata nie przełoży się na różne sposoby walki z problemami ekonomicznymi. Obecny kryzys nie jest częścią krótkiego i przewidywalnego cyklu ekonomicznego. Nowy prezydent przez cały okres swojej kadencji będzie musiał mierzyć się z konsekwencjami zapaści. Dlatego jeśli Obama sądzi, że już wkrótce będzie mógł rozdawać pieniądze wszystkim tym, którym to obiecał, głęboko się myli. Z taką samą sytuacją mielibyśmy do czynienia w wypadku zwycięstwa McCaina. Jego obietnice cięć podatkowych także były niemożliwe do realizacji.

Znacznie więcej swobody daje prezydentowi polityka zagraniczna, ale również w tej dziedzinie nie wróżę Obamie zawrotnych sukcesów. Sukces zawsze zależy od skali oczekiwań wyborców, a te są ogromne także na tym polu. Kandydat Demokratów zapowiedział całkowitą zmianę środków stosowanych przez amerykańską dyplomację. Zamiast bombardować ludzi, obiecał z nimi rozmawiać. Ta deklaracja odnosi się przede wszystkim do naszych relacji z Iranem. Choć siła przekonywania senatora Obamy jest imponująca, mam pewne wątpliwości, czy w wyniku takich rozmów Irańczycy porzucą dotychczasowy model polityki oparty na demonizowaniu Stanów Zjednoczonych... Nie sądzę, by w imię sympatii do Obamy Irańczycy byli skłonni zrezygnować z projektu budowy bomby atomowej i poszerzania swoich wpływów w regionie.

W tej sytuacji Obama prawdopodobnie spróbuje obwiniać za swoje niepowodzenia poprzednią administrację republikańską. Niezależnie jednak od zasadności argumentów, na jakie się powoła, skuteczność takiej strategii będzie krótkotrwała. Najdalej po roku polityka zrzucania odpowiedzialności przestanie przynosić efekty, a obywateli ogarnie znudzenie nowym przywódcą.

*Edward Luttwak ur. 1942, amerykański historyk, ekonomista, specjalista w zakresie studiów strategicznych, obecnie konsultant Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie. Wykładał m.in. w Berkeley i Yale. Był pracownikiem Departamentu Obrony i Departamentu Stanu. Opublikował kilkanaście książek - m.in. Strategy and History (1985), The Endangered American Dream (1993). Po polsku ukazał się jego Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki (2000).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj