W swojej notatce policjantka przekonuje, że mężczyzna został przekazany zespołowi ratownictwa medycznego z zachowanymi funkcjami życiowymi - wynika z ustaleń RMF FM. Funkcjonariuszka twierdzi, że mężczyzna oddychał, jego klatka piersiowa wyraźnie się unosiła, a serce mocno biło.
W dokumencie, którego treść poznaliśmy, funkcjonariuszka raportuje, że ekipa pogotowia poprosiła, by w drodze do szpitala w ambulansie towarzyszył im policjant w przypadku, gdyby 34-latek znów stał się agresywny. Co ciekawe - według policjantki - ratownicy nie podłączyli mężczyzny do żadnej aparatury, nie monitorowali jego funkcji życiowych, nie podano mu też żadnych leków. Jak relacjonuje, nie było zgłoszenia do szpitala o więzieniu tego pacjenta, a karetka nie jechała na sygnale.
Funkcjonariuszka zapamiętała też, że ratowniczka w karetce przykryła twarz mężczyzny dużą ilością chusteczek. Po przyjeździe do szpitala, gdy wyciągnięto nosze, usłyszała, jak kierowca ambulansu powiedział do ratowniczki:.
Ustalenia Onetu
Onet ujawnił dziś rozmowy prowadzone z wezwanej na miejsce policyjnej interwencji karetki pogotowia. Wynika z nich, że 34-latek już nie żył, gdy zabierali go ratownicy. Policja utrzymuje tymczasem, że zmarł on dopiero kilka godzin później.
Portal informuje, że jest w posiadaniu siedmiu nagrań rozmów dotyczących tej sprawy - m.in. rozmowy dyżurnego policji z dyspozytorką pogotowia i ratowniczki z karetki z dyspozytorami. - relacjonuje Onet.
Portal podaje, że na nagraniu rozmowy słychać. Ratowniczka odpowiada: . Inna dyspozytorka pyta załogę karetki, czy była na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, żeby lekarz stwierdził zgon 34-latka. Ratowniczka tłumaczy, że tak, ale zgon nie został stwierdzony.
- podaje Onet. Ostatecznie podczas kolejnej rozmowy, dyspozytorka mówi: .
Łódzka Prokuratura Okręgowa ma nagrania rozmów pomiędzy dyspozytorami pogotowia a ratownikami z karetki i dyżurnym policji ujawnione dziś przez Onet. Jak ustaliła nieoficjalnie reporterka RMF FM Agnieszka Wyderka, to były jedne z pierwszych zapisów, jakie zabezpieczyli łódzcy śledczy po przejęciu sprawy, dotyczącej śmierci 34-latka z Lubina po interwencji policji.
Tak obiektywne dowody, jak zapisy monitoringu czy treści rozmów prowadzonych pomiędzy przedstawicielami służb medycznych, funkcjonariuszami policji, mają istotne znaczenie dla wyjaśnienia sprawy. - ocenia rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi, Krzysztof Kopania.- - tłumaczy.
Prokurator przypomina, że śledztwo toczy się ws. nieumyślnego spowodowania śmierci przez policjantów, którzy mieliby przekroczyć swoje uprawnienia.
Śmierć Bartosza Sokołowskiego
Bartosz Sokołowski zmarł w Lubinie na Dolnym Śląsku 6 sierpnia po interwencji policji. Przebieg dużej części policyjnej interwencji przy ul. Traugutta obejrzeć możemy na niespełna 7-minutowym nagraniu wideo, jakie pojawiło się w sieci.
Na filmie widać, jak czterech policjantów próbuje obezwładnić krzyczącego i rzucającego się mężczyznę. W końcu prowadzą go do radiowozu, ale zatrzymują się przed samochodem. Widać ujęcie, które może sugerować, że leżący na ziemi 34-latek stracił przytomność, a policjant próbował go ocucić. W końcu mężczyzna został zabrany przez wezwaną karetkę na szpitalny oddział ratunkowy. Dolnośląska komenda podała, że 34-latek zmarł w szpitalu dwie godziny po interwencji.
Policja poinformowała również, że funkcjonariuszy wezwała matka mężczyzny: zgłosiła, że jej syn. Stwierdziła także, że mężczyzna nadużywa narkotyków.