Dziennik Gazeta Prawana logo

Anna Religa: Mąż nie był walczącym ateistą

30 maja 2009, 13:00
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Przy obecnej filozofii nieustannej młodości wizja śmierci jest odpychana jak najdalej. Ludzie strasznie uciekają od tej myśli - mówi DZIENNIKOWI żona prof. Zbgniewa Religi, Anna. Od śmierci wybitnego kardiochirurga minęły prawie trzy miesiące.


Dziś wydaje mi się, że było to dawno, bardzo dawno. Może dlatego, że tak bardzo dokładnie, z bliska ten czas przeżywałam. Po wykryciu choroby mąż wprawdzie nie przerwał pracy, ale od tego momentu zaczęliśmy intensywniej spędzać razem czas i planować wiele rzeczy, na które normalnie byśmy poświęcili 2, 3, 5 lat.


Na pewno nie jak lekarz, ponieważ od dawna nie pracuję z pacjentami. Jestem pracownikiem naukowym i z onkologią nie mam nic wspólnego. Wiedziałam tyle, ile przeciętny człowiek. Byłam przerażona. Cały czas była mowa, że musi zrobić badania, ale twierdził, że dobrze się czuje, więc ciągle wypadało coś ważniejszego. Ponieważ asystentka go umówiła, to w końcu poszedł. Po badaniach zadzwonił, że spotkamy się na obiedzie w restauracji.


Jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Byliśmy akurat na Wyspach Zielonego Przylądka, kiedy mąż stwierdził, że coś się dzieje. Po powrocie przeszedł kilka zabiegów, co trzy miesiące jeździł na kontrolę. Ten nowotwór pęcherza został opanowany i w trakcie drugiej choroby siedział cicho, nie uaktywnił się.


W ogóle nie zwrócił na to uwagi. Dla niego to było zupełnie normalne, że człowiek zachorował, zaczął się leczyć, wyleczył się i wrócił do pracy. Taki problem miał nasz sąsiad ze wsi pod Wyszkowem, gdzie mamy działkę. Wiele lat wcześniej przeszedł operację na nowotwór. Większość lekarzy nie chciała go dopuścić do pracy, uznając, że to bardzo ciężka choroba. Wtedy mąż wydał mu zaświadczenie, że może wrócić do pracy. Takie miał podejście. Niezależnie od tego, czy to prezydent, prezenter, czy zwykły robotnik, jeśli czuje się na siłach, powinien móc żyć normalnie.


Ludziom starszym znacznie trudniej rzucić palenie. Nałóg jest bardzo silny, kiedy pali się przez ponad 50 lat. Po pierwszej operacji wycięcia guza płuca przestał palić, wrócił, kiedy jego stan zdrowia zaczął się już poważnie pogarszać.


Palenie i picie niewątpliwie pomagały odreagować mu stres. Ale musimy wziąć poprawkę na czasy, w których żyliśmy. Ilość alkoholu, jaką dostawali w owym czasie lekarze, była niesamowita. Jeśli ten alkohol stoi i jest się zestresowanym, to wypije się jeden, drugi kieliszek. Życie towarzyskie było inne niż obecnie, bardziej zamknięte, w domach. Wystarczy spojrzeć na statystyki, ile i co się wtedy piło, a ile i co obecnie. W każdym razie sprawa alkoholu nie stwarzała problemów domowych.


Tak, jeździł szybko, ale tylko kiedy musiał dojechać na czas na operację do Zabrza. Miał jednak zasadę, że nie przekraczał prędkości w miejscowościach między Częstochową a Siewierzem. Resztę drogi jechał szybko i to sprawiało mu przyjemność. Ja coraz bardziej go rozumiem. Teraz sama jeżdżę autem na działkę pod Wyszkowem. Za kółkiem odpoczywam, skupiam się na celu. Kiedyś rzadko przekraczałam 110 km. Teraz łapię się na tym, że jadę 140. Mąż zachował w swoich papierach rysunek samochodu, który wykonał dla niego 12-letni chłopiec. To miał być samochód męża i tego chłopca. Miał bardzo ciężką wadę serca i tyle lat, ile nasz syn. Nie udało się go uratować. To było przeżycie, które bardzo długo tkwiło w mężu. Przeglądając papiery, natknęłam się na ten rysunek. Mąż go wciąż przechowywał.


Nie. Za to na święta i imieniny przychodzą kartki i listy od pacjentów. Zawsze wiedział, od kogo jest kartka. Zdarzało się, że ludzie prosili o radę. Wtedy odpisywał. Teraz listy przychodzą do mnie z propozycjami pomocy i wsparcia. To bardzo miłe.


Gdyby policzyć ze stoperem w ręku, to okazałoby się, że razem spędziliśmy nie więcej niż 10 - 15 lat. Najwięcej czasu od 1999 r., kiedy mąż na stałe wrócił do Warszawy. W poprzednich latach się mijaliśmy.


Żeby zrobić karierę, trzeba mieć motywację, zapał i siłę charakteru. Sama wiedza nie wystarczy. Najlepszym przykładem jest mój kolega w pracy. Ma największą wiedzę z nas wszystkich, potrafi ją cudownie przekazać, pracuje już ok. 20 lat, ale do tej pory nie zrobił doktoratu. Nie ma na tyle energii, aby opracować wyniki badań i je opisać.


To prawda. Wyjechałam na stypendium kilka miesięcy przed mężem, ale to nie miało większego znaczenia. Kiedy wróciłam ze Stanów do Polski we wczesnych latach 70., naukowcy mieli jeszcze pewne możliwości, były pieniądze, szanse na udział w konferencjach międzynarodowych, dostęp do nowoczesnej aparatury. W latach 80. zaczął się już krach finansowy. Wydatki na naukę zostały drastycznie obcięte. Zdałam sobie sprawę, że to, co mogę robić, to są rzeczy drobne, przyczynkowe i okupione tak dużym wysiłkiem zdobycia pieniędzy i aparatury, że po prostu przestało mi się chcieć walczyć. Coraz bardziej zaczęłam się wycofywać, zajęłam się na uczelni dydaktyką.


Tak, może dlatego nasze dzieci są spaczone psychicznie. Napatrzyły się, jak funkcjonuje dom, a najważniejsze w nim było to, co dzieje się w szpitalu. Ważniejszych spraw nie było. No i dziś zarówno syn, jak i córka myślą tylko o pracy.


Tak. I dokładnie tak samo postępuje. Niejednokrotnie całymi tygodniami siedzi w szpitalu, prawie z niego nie wychodząc. Tym może różni się od swojego ojca, że nie ma takiego pędu do osiągania stopni naukowych i odkrywania nowych rozwiązań. Zrobił doktorat, ale czy zawalczy o habilitację, tego nie wiem. Córka została sinologiem, kierownikiem zakładu na Uniwersytecie Warszawskim. Poza tym tłumaczy.


Mąż był wtedy na dłuższym wyjeździe w Anglii. Poprosiłam go, aby zadzwonił do rektora Akademii Medycznej. Odmówił. Nie miałam głębokiego żalu. Nie to nie. Potem wszyscy byliśmy z tego zadowoleni. Syn poszedł do szpitala, pracował jako sanitariusz na chirurgii w szpitalu im. Orłowskiego w Warszawie. Pieniądze, które zarabiał, przeznaczył na korepetycje. Za drugim razem dostał się bez problemu.


Tak, inwazyjnym, czyli przepycha tętnice wieńcowe, zakłada stendy. Od lat mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Lekarzami byli również mój ojciec i stryj.


W Nowym Jorku i Bostonie robiłam badania nowych leków, proponowano mi, żebym została. Wolałam wrócić. Nigdy nie mieliśmy wielkich oczekiwań finansowych.


Najpierw pojechaliśmy do Atlantic City. Pamiętaliśmy to miasto sprzed wielu lat jako centrum wypoczynkowo-kongresowe, gdzie spędziliśmy parę dni wakacji. Mąż zapowiadał, że będzie chodził do kasyna. Ostatecznie poszedł raz i wygrał 700 dolarów. Na więcej nie miał już siły, zaczął źle się czuć. Zostaliśmy tam 6 dni. Chciałam już wracać do Polski, ale on uparł się jeszcze, by pojechać do Detroit. No to wynajęliśmy samochód i ruszyliśmy.


Prowadziliśmy na zmianę. Mieliśmy do pokonania około 800 mil. Wyjechaliśmy o 9 rano i byliśmy o 9 wieczorem. Brat miał zarezerwować domki nad jeziorem, aby wspólnie połowić ryby. Nic z tego nie wyszło, bo na miejscu mąż poczuł się bardzo źle, praktycznie nie wstawał z łóżka. Po dwóch dniach wróciliśmy do Polski, profesor Roszkowski ustawił leki i stan zdrowia bardzo się poprawił.


Nie, raczej siadałam przy mężu, czytałam książkę, rozmawiałam z kotami. One zawsze się kręcą przy wędkarzach, ja za to mam dla nich puszki i karmę. I one to wiedzą. Nigdy nie zabijał ryb, które złowił, zawsze je wypuszczał. Wędkarstwo to był wyłącznie sport. Ryby jedliśmy na święta dwa razy w roku: karpia i faszerowanego szczupaka. Mąż za to bardzo lubił golonkę. Ale jadł ją głównie w restauracjach, bo nie umiem robić pieczonej, tylko gotowaną.


Po naświetlaniach i chemii już sobie nie dawałam rady. Kilka razy chodził do małego zakładu fryzjerskiego, z którego ja też korzystam. Wcześniej strzygłam go zawsze sama. Raz lepiej, raz gorzej. Gdy miał gęste włosy, nie było widać niedoróbek. Potem było trudniej. Ale mąż nie był wymagający, więc nie było problemu.


Chodziłam na Górnika.


Niedawno syn był z wnukiem na meczu i Maciek siedział na tym krzesełku. Górnik wygrał. Mąż był zżyty z wnukiem. We wrześniu skończy 16 lat, nie jest już dzieckiem. W przeddzień śmierci był u nas w domu. Niewiele już ze sobą rozmawiali. Maciek był przygotowany, zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje.


Inaczej jest, kiedy ten ostatni okres chory spędza w szpitalu. Natomiast w domu wszystko rozwija się stopniowo i nie zauważa się tego systematycznego pogarszania stanu zdrowia.


Przepraszam, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. W momencie kiedy kogoś się traci, to reszta przestaje być ważna. To było kiedyś ważne, może jeszcze kiedyś będzie. W tej chwili nie jest.


My na ten temat nigdy nie rozmawialiśmy. Nigdy nie rozważałam, że jego nie będzie. Dziś staram się żyć tak jak przedtem. Ważna jest dla mnie jakaś ciągłość. Córka jeszcze ze mną mieszka, ale myślę, że niebawem będzie chciała wrócić do siebie. Tutaj jest jej niewygodnie. Ja niewiele zmieniłam, ona nawet nie ma miejsca na swoje ubrania, papiery, kosmetyki.


Kiedy mąż był po jednej z operacji, zadzwoniła do mnie dziennikarka z pytaniem, co bym poradziła pani Krystynie Jandzie, ponieważ jej mąż właśnie umiera. Zaskoczył mnie taki pomysł. Dwie zupełnie obce sobie osoby - znam panią Jandę tylko jako aktorkę - miałyby sobie coś radzić? Powiedziałam, że gdybym nawet ją znała i miała radzić, to zrobiłabym to bez pośrednictwa prasy. Czy można sobie coś nawzajem poradzić w takiej sytuacji? Chyba nie. Można tylko posłuchać, nic poza tym. Człowiek musi sam to przeżyć i na nowo wszystko sobie poukładać.


Każdy jest i nie jest przygotowany do niej. Szczególnie gdy się jest lekarzem i bardzo często styka ze śmiercią. Każdy z nas musi zdawać sobie sprawę, że to, co się zaczęło, musi się też skończyć. Przy obecnej filozofii nieustannej młodości wizja śmierci jest odpychana jak najdalej. Ludzie strasznie uciekają od tej myśli.


Pogrzeb był zaplanowany na czwartek. W trakcie załatwiania formalności zadzwonił do mnie doradca Lecha Kaczyńskiego. Powiedział, że dzwoni w jego imieniu i że pan prezydent koniecznie chce uczestniczyć w pogrzebie. W czwartek ma ważne uroczystości związane z NATO. Przełożyliśmy na piątek.


Jemu zależało przede wszystkim na tym, aby nie przemawiali ludzie, co do których wiedział, że nie będą mówić szczerze. Ci, którzy zabierali głos, robili to szczerze. Mąż w ostatnim okresie miał duży szacunek do pana Jarosława Kaczyńskiego i sympatię oraz szacunek do pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Do tych dwóch osób na pewno nie miałby zastrzeżeń. Co do wójta gminy Wiskitki pod Żyrardowem, w której się urodził i spędził pierwsze lata życia - też w porządku. Przemawiała jeszcze pani prezydent Zabrza, jeden z jego uczniów i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Żadnej z tych osób nie byłby przeciwny.


Tak. Wszystkie trumny były wyposażone albo w krzyże, albo w pasyjki. Można było zażądać zdjęcia, ale czy był sens? Mąż nie był walczącym ateistą. Krzyż jest symbolem cierpienia.


Tak. Dziadek był organistą i kościelnym w Siedlcach w parafii św. Stanisława, jeden z jego synów też został księdzem. Jego stryjeczny brat również. Ks. Karol Leonard Waszczuk był proboszczem parafii w Drelowie na Lubelszczyźnie. W 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau.


Coś bardzo podobnego powiedziałam jednemu z zaprzyjaźnionych księży. On ubolewał jednak, że mąż należał do osób niewierzących. Zacytowałam mu Biblię: nie po słowach, ale po czynach go poznacie. Od tego czasu mam spokój na ten temat. W księdze kondolencyjnej znalazłam tylko jedną negatywną opinię. Przejrzałam 27 tys. wpisów.


Jedna szkoła już jest, obchodzi właśnie 10-lecie. Jestem zadowolona, że Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii została nazwana imieniem Zbigniewa Religi. Co do innych inicjatyw... Jeśli będzie to ulica w Zabrzu - bo takie są plany - to myślę, że dobrze. Była mowa o nazwaniu sali w sejmie. Nadadzą - dobrze, nie nadadzą - drugie dobrze. Na razie cisza. Sprzeciwię się, jeśli nazwisko Religa będzie wywoływało jakiekolwiek kontrowersje.


Chyba w sumie się udało. To widać dopiero wtedy, gdy popatrzy się na całość. W normalnym, codziennym życiu są różne sytuacje. Ludzie obrażają się na siebie, kłócą się. Patrząc z perspektywy na całość, szczególnie na okresy trudne i nieprzyjemne, można ocenić, czy się udało, czy nie. Wydaje mi się, że nam się w sumie udało. Poza jednym, że w pewnym momencie się przerwało...

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj