Przez pierwszych siedem lat jeździłam po Polsce z wykładami o twórczości Komedy. W sumie dałam ich ponad tysiąc. W bagażniku samochodu miałam płyty, a nawet
gramofon z kolumnami. Później nie wytrzymałam presji "Księstwa Warszawskiego" i na kolejne 20 lat zaszyłam się w Bieszczadach. Tam w 1981 roku zakładałam Solidarność
Rolników Indywidualnych. Mówiłam panu, że jestem z ziemiańskiej rodziny.
Tam na ścianie wisi zdjęcie, na którym Marek Hłasko płacze i przeprasza mnie za śmierć Krzysia. Byli pijani. Zataczając się, szli po krawędzi zbocza. W pewnym momencie Hłasko pchnął
Komedę. Ten zachwiał się i spadł z urwiska. "Nie wiem, kiedy go zabiłem? Czy wtedy, kiedy go pchnąłem, czy kiedy go wnosiłem pod górę i się przewróciliśmy?" - tak mi to
opisał sam Hłasko. "Jeśli on umrze, to ja też odejdę" - powiedział. Kiedy dowiedział się o śmierci Krzysia, połknął kilka pastylek nasennych i popił wódką. Uważam,
że świadomie popełnił samobójstwo. Niektórzy twierdzą, że był to nieszczęśliwy wypadek.
Krzyś dopiero kilka tygodni po tym wypadku poczuł się niedobrze. Kiedy znalazł się w szpitalu, nie był do uratowania. Miał uszkodzony pień mózgu. Przywiozłam go do Polski. Jedno płuco
było pełne ropy, która w końcu zalała również drugie. Miał ponoć gronkowca. Jeszcze w Stanach pielęgniarka powiedziała mi: "Zabierz go do Polski. On gnije od środka".
Wszystko, co zarobił za na filmie "Rosemary’s Baby", poszło na nieudane leczenie w Stanach.
Ja go bardzo kocham i lubię, ale z nim zerwałam. Kiedy Krzyś był konający, to się nie zgłosił. Dopiero jak przywiozłam go do Polski, to na trzy, cztery dni przed śmiercią zadzwonił z
pytaniem, czy może w czymś pomóc. "Radzę ci, wróć do społeczeństwa i przestań być zwierzęciem" - odpowiedziałam mu i dodałam: "O Boże, obraziłam
zwierzęta". To były ostatnie słowa, jakie mu powiedziałam. Teraz sobie myślę, że on się wcześniej nie zgłosił, bo nie wiedział, jak ma się zachować. To był biedny chłopak,
który całą wojnę tułał się w strasznych warunkach. Nazywał się Rajmund Wilk i jako takiego go poznałam, służył u chłopów, pasł krowy, by jako żydowskie dziecko móc przetrwać
wojnę.
On coraz mocniej wkraczał w muzykę symfoniczną, na co wskazują coraz bogatsze aranżacje ostatnich utworów. Raczej nie zostawiłby Polańskiego, bo jak wspomniałam, był niesamowicie lojalny.
Nawet dziwiłam się, skąd się w nim to bierze. Myślę, że nie zerwałby z Polską, choć niewątpliwie tworzyłby przede wszystkim w Ameryce. Jemu ta Ameryka bardzo imponowała. To jego
mieszczaństwo zaczęło tam z niego wychodzić. Pociągały go szybkie, luksusowe samochody. Uwielbiał brawurowo jeździć, ryzykował. Kupił sportowego żółtego forda mustanga, choć mi
powiedział, że go tylko wynajął.
Na nartach jeździł brawurowo, ale to wynikało z jego kompleksów. Po przebyciu choroby Heinego- Medina miał krótszą jedną nogę. Ukrywał to przez taki nonszalancki, marynarski chód. Dopiero
na rok przed śmiercią zaprowadziłam go do ortopedy, by mu zrobił wkładkę korkową do buta narciarskiego. Wcześniej jeździł na jednej nodze, co było niebywałą sztuką. Miał kompleksy, bo
jak to się mówiło: "Ryży i kuternoga to przestroga od Boga". On nie tylko utykał, ale mimo że był blondynem, to baki i brwi miał ryżawe.
Robił na nich wrażenie, choć był niski. Zaledwie metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. On to był taki z cicha pęk. Były takie dwie, które w końcu go chyba dopadły: Sienkiewicz i
Cembrzyńska. Ta Krystynka to się na niego zawzięła i chciała nas rozwieść. Ukróciłam to, ale ona się ostro za niego wzięła. Iga Cembrzyńska po prostu się łajdaczyła, więc to nie
było groźne.
Raz płakał z mojego powodu. Do Polski przyjechał niemiecki puzonista Albert Mangelsdorff. Zakochał się we mnie i jako uczciwy facet poszedł poinformować o tym Komedę. Między nami do niczego
nie doszło, choć on mi się okropnie podobał. Był przepięknym mężczyzną i cenionym na całym świecie muzykiem. Wtedy jeszcze z Krzysiem nie byliśmy małżeństwem, ale nie przeszło mi
przez myśl, żeby go zostawić. Podczas nocnej podróżny pociągiem z Sopotu do Warszawy usłyszałam szloch. Ciemno było, chcę pogłaskać Krzysia, a on ma całą twarz mokrą. On przypuszczał,
że kiedy taki świetnie zarabiający mężczyzna z Frankfurtu się mną zainteresował, to ja z nim wyjadę. To właśnie była ta jego mieszczańska mentalność.
Chyba to ja jemu się oświadczyłam. Nie pamiętam. Pewnie ja, bo o wszystkim decydowałam. Jak się pobieraliśmy, zapowiedział mi, że nie chce mieć dzieci. "Ale ja już mam
syna" - zaniepokojona odpowiedziałam. "Naturalnie wiem i to będzie nasz syn, ale na więcej dzieci nas nie stać. Jak będziemy mieli więcej dzieci, to będę musiał pracować
na nie, a nie tworzyć to, co chcę". Mnie to było na rękę, bo dzięki temu mój Tomek, syn z pierwszego małżeństwa, nie słyszał w domu, że Krzyś to jego ojczym, a nie ojciec.
Bardzo się zżyli i z inicjatywy Krzysia mówili sobie po imieniu.
Wówczas Komeda nie był tam ani znany, ani respektowany. To było szalenie mieszczańskie miasto, w którym gremialnie chodzono do opery i operetki, a jazz nikogo nie interesował. Wprawdzie ojciec
Krzysia, jako naczelnik bankowy, miał piękne służbowe mieszkanie, a mnie udało się załatwić osiemdziesięciometrową pracownię dla Krzysia, ale i tak strasznie nie chciałam tam mieszkać. W
końcu wywiozłam go do osiemnastometrowej, nieogrzewanej klitki z wilgotnymi ścianami. Ubikacja na podwórku, brak bieżącej wody, a zimą z sufitu czasem zwisały sople. Nie narzekał, bo w
Krakowie miał swobodę i mnóstwo miłośników. Tam była cudowna atmosfera dla jazzu.
Czasy nie były ciekawe, to myśmy byli ciekawi. Nas kompletnie nie interesowała polityka. Wielcy artyści, tacy jak Łomnicki, Łapicki, chodzili na pochody pierwszomajowe, a myśmy odmawiali. W
końcu Jan Byrczek, prezes Federacji Jazzowej, został wezwany do KC. Musieliśmy iść na pochód. Wzięliśmy tak jak wszyscy plansze, tylko zamiast portretów dygnitarzy państwowych
umieściliśmy na nich wizerunek Czesława Niemena. Machaliśmy nimi w stronę loży honorowej, ale w telewizji już tego nie pokazali. Jazz był swoistym protestem przeciwko ówczesnej
rzeczywistości. Komuniści nie umieli z nami walczyć. Zaskakiwało ich to, że nasze środowisko ich się nie bało, a komunizm to przede wszystkim był wielki strach.
Nigdy nie doradzał w sprawach medycznych. Zawsze odsyłał do Andrzeja Trzaskowskiego, mówiąc, że on też jest lekarzem. Narkotykami nikt się wtedy nie interesował. Marihuanę po raz pierwszy
przywiózł szwedzki saksofonista Berndt Resengren. Kiedy mu się skończyła, rzucił saksofonem o ziemię i powiedział, że bez niej nie umie grać. A było to przed zarejestrowaniem sekwencji do
filmu "Nóż w wodzie" Polańskiego, kiedy żaglówka kręci się w kółko. Dopiero po mojej dłuższej namowie spróbował i okazało się, że potrafi grać bez marihuany. Jak
wrócił do Szwecji, przysłał mi list. Na kopercie widniała pieczątka "Nie podlega ocleniu", a w środku cała koperta wypchana marihuaną. Dałam ją Karolakowi. Ucieszył się
strasznie. Sama nie paliłam, ale nauczyłam Tomka Stańkę. Młodziutki był, no i zaskoczyło mu na całe życie. Co była za kretynka ze mnie.
To była kołysanka znana później z filmu krótkometrażowego "Dwaj ludzie z szafą" Polańskiego. Pamiętam dokładnie moment jej powstania. Podczas próby leżałam na
fortepianie. Raptem zgasło światło, bo woźny chciał nam dać znać do zrozumienia, że przyszła jakaś kontrola. W tej ciemności Komeda zaczął przebierać palcami po klawiaturze i
niespodziewanie zagrał melodyjkę. "Jakie to ładne" - powiedziałam. "Jakoś tak mi samo wyszło" - odpowiedział. "Będziesz kompozytorem" -
powiedziałam. I tak się stało.