Nikt, dosłownie nikt nie zająknął się, czy ten cały traktat nam się opłaca, czy nie. Mamrotano coś tam o Europie, ale jak przychodziło do traktatu, to premier i pozostali politycy z rozbrajającą szczerością przyznawali, że nie przeczytali tych 900 stron i nie znalazł się nikt, kto by im to streścił. Piszę o tym, bo zabawa wróci najpóźniej jesienią, kiedy Kaczyński będzie w końcu musiał to arcydzieło literatury podpisać.

Tematów przemilczanych jest cała masa, ale ciekawe są także te, które się nagłaśnia. Wtedy wszyscy pieją a to o Hannie Lis, a to o Ziobrze i Koteckiej, czy - jak niedawno - o tym, że CBA podeszło FBI i teraz Amerykanie nie chcą mieć z nami nic wspólnego. Skandal rozpoczął się od artykułu "Wyborczej": kilku anonimowych informatorów, cienia potwierdzonego faktu, żadnych dowodów. Najzabawniejsze, że to wszystko może być prawdą, ale tu głos zabrał premier, kilku ministrów, marszałek Sejmu i liderzy opozycji! Więc albo wiedzą lepiej (ale wtedy niech powiedzą), albo ktoś nas wkręca, a oni wykorzystują to do rytualnej łomotaniny.

Jeszcze zabawniej wygląda polska debata na temat praw homoseksualistów. Ostatnio rozkręcił ją wyrok sądu ograniczający prawa rodzicielskie matki - lesbijki. Wszystkie stacje telewizyjne tak to podały. Zabrzmiało groźnie. Oto Ciemnogród zwiera szeregi i matkom zabiera dzieci, by je wychowywać po swojemu w prawowiernych, ciemnogrodzkich rodzinach. Trzeba było odbyć studia prasowe, by przeczytać, że biegli uznali, iż matka nie miała kontaktu z dzieckiem, manipuluje ludźmi, jest patologicznie niedojrzała emocjonalnie i w dodatku odmawia poddania się nakazanej przez sąd terapii rodzinnej. Pani sędzia ograniczyła więc jej prawa rodzicielskie, nie wnikając w ogóle w jej życie seksualne. Mama lesbijka sprytnie wykorzystała jednak fakt bycia mniejszością do przysporzenia sobie sympatii, a my w rezultacie spieramy się o coś, co nie miało miejsca.

Polska debata publiczna przypomina więc zeszłoroczną, cudownie slapstickową historyjkę z Dolnego Śląska. Znajomy dziennikarz powiatowego tygodnika przysłał mi wycinek: oto sprzedawcy na bazarze spodobał się zegarek klienta. "Może by mi pan go sprzedał?" - miał zaproponować. Od słowa do słowa, doszło do szamotaniny, interweniowała policja, panowie stanęli przed sądem grodzkim. Wszystko dlatego, że klient na propozycję transakcji odpowiedział: "Ty chamie, sam jesteś pedał!".