Jaruzelski powiedział Rakowskiemu, czy zwrócił uwagę, że Wilczek zawsze był dyrektorem. A Rakowski na to: "Tak, nawet go pytałem dlaczego. I odpowiedział, że chce siedzieć jak najwyżej, żeby mieć jak najmniej durniów nad sobą". A Jaruzelski odparł: "No to teraz będzie miał tylko dwóch".

Kiszczak rzadko bywał na posiedzeniach rządu, przysyłał zastępców. Siwicki nigdy nie kwestionował tego, co proponowałem. Chociaż czasem proponowałem rzeczy takie, że zasłaniali sobie uszy. Oni uznawali różne kanony, np. taki, że nie może być więcej niż 20 proc. udziału sektora prywatnego w usługach i 10 proc. w produkcji bo będzie to koniec socjalizmu. To powiedziałem, że w takim razie koniec z tym pieprzonym socjalizmem, bo się nie da nic zrobić. Pytałem: chcecie mieć puste półki i strajki co drugi dzień? Nie mieli argumentów. Nie mieli też wizji jak z tego wyjść. Tamta władza była ciężko wystraszona, mieli świadomość, że odpowiadają za to co działo się w kraju. A działo się źle -- ustawiczne strajki, to mogło się skończyć jeszcze gorzej. Nie było niebezpieczeństwa, że wejdą Ruscy, tylko, że sami wykończymy się gospodarczo. Zwłaszcza, że Zachód nie miał zamiaru nam pomagać. Wchodziłem do rządu na wariackich papierach.

Ustawa o działalności gospodarczej była jak haust świeżego powietrza. Często wyjeżdżałem wówczas na Zachód. Znałem języki, miałem dużą swobodę poruszania się. I widziałem, że o wartości danej gospodarki świadczą nie kombinaty stalowe, wielkie huty i stocznie, a miliony drobnych przedsiębiorstw, które dostosowują się natychmiast do potrzeb rynku. Utrzymują się na rynku ci, którzy są konkurencyjni, mają lepszą technologię, są bardziej pracowici, lepiej docierają do klientów.

W oparciu o moją ustawę powstało kilka milionów przedsiębiorstw. To była nowa konstytucja ustroju kapitalistycznego. Unijny legislator na spotkaniu w Centrum im. A. Smitha mówił, że ona i teraz odpowiada wymogom unijnym. To był powrót do warunków w jakich pracują nasi konkurenci.

Pełna wersja wywiadu będzie dostępna we wtorkowym DZIENNIKU