Człowiek, który nie tak dawno jawił się nam jako prawdziwy zbawca, co to może dźwignąć nasz beznadziejny futbol z kolan, dać nadzieję, pokazał nam zupełnie inną twarz. Leo Beenhakker AD 2009 to mocno zgorzkniały trener, uwikłany w działaczowskie wojenki, skonfliktowany niemal ze wszystkimi, co rusz rzucający obelgami. Systematycznie obraża on swoich pracodawców i otwarcie szydzi z narodowych przywar społeczeństwa, z którym musi się męczyć. Leo wysłał ostatnio tyle sygnałów, że ma już dość pracy w Polsce, że coraz bardziej jestem w stanie uwierzyć w teorię uznawaną do niedawna za spiskową: robi on wszystko, aby samemu nie rezygnować, lecz zostać zwolnionym.

Trenerski guru, który wciąż jest prawdziwym autorytetem dla większości kibiców i wielu zawodników, niestety zaczyna zachowywać się po prostu brzydko, publicznie kłamie... „Nie chcę już słyszeć o tym Feyenoordzie... Czasem żałuję, że sam nie jestem dziennikarzem, bo to wy kreujecie całe napięcie, a ja muszę się usprawiedliwiać, nieważne, jak głupia jest ta historia” – grzmiał Don Leo.

I co się okazuje? Leo w tym samym czasie, kiedy wypowiadał te słowa, był w trakcie pertraktacji z Feyenoordem. Zapytał o zgodę na podjęcie równoczesnej pracy w Rotterdamie prezesa Latę. Mało tego, Lato się nie zgodził, a Holender zapowiedział, że go nie posłucha, bo nikogo nie powinno obchodzić, co on robi w czasie wolnym.

Daleko mi do stawania po stronie PZPN, natomiast to, co zrobił Beenhakker, trzeba określić dobitnie. Wyjątkowa bezczelność. Co to znaczy "w czasie wolnym"? Przecież czas pracy selekcjonera nie jest normowany i nie może ograniczać się jedynie do meczów. Gdyby tak było, miałby zajęcie ledwie przez kilkanaście dni w roku. W międzyczasie powinien jeździć po Europie, obserwować piłkarzy, rozmawiać z ich trenerami, szukać nowych rozwiązań, odwiedzać kluby, organizować seminaria dla ligowych trenerów. Jednym słowem wykonywać swoje normalne obowiązki. Jak jego najnowszy pomysł ma się do słów o wyjątkowej więzi z polską drużyną, z zawodnikami, o pełnym oddaniu tylko jednej sprawie? To jednak do szczęścia potrzebuje jeszcze jednej drużyny? Związek ma się dzielić swoim najlepiej w historii opłacanym pracownikiem?

Tak naprawdę jego deklaracja o podjęciu pracy w swojej ojczyźnie jest równoznaczna z upadkiem mitu Beenhakkera w Polsce. To znacznie mocniejsze niż jego niesmaczne rady w stylu: „Polacy powinni być Niemcom wdzięczni za upadek komunizmu, bo zmiany w Europie zaczęły się upadku muru berlińskiego” lub kultowy już apel, abyśmy wyszli z drewnianych chatek, bo mamy XXI wiek.

Staje się jasne, że Leo zwyczajnie ma już dość Polski i szuka jakiejś odskoczni, chce się wyrwać, myśleć o czymś innym. W XXI wieku sfrustrowany pracownik siada w takiej sytuacji do stołu ze swoim pracodawcą i w kulturalny sposób za porozumieniem stron rozwiązują umowę o pracę. Czego Grzegorzowi Lacie i Leo Beenhakkerowi wypada życzyć.