"Zdecydowanie w obronie homoseksualistów przed Romanem Giertychem. Wyraziście przeciw zakazowi aborcji. Radykalnie za prawem do eutanazji. Jakie pismo głosi takie hasła? Jakiś
lewacki zin? A może "Przegląd"? "Krytyka Polityczna"? Nie, to tylko DZIENNIK". Kiedy jego redakcja w końcu rozwinęła ideowe sztandary, pojawiły się
na nich hasła z repertuaru już nawet nie umiarkowanej, ale wręcz skrajnej lewicy". Tak kilka tygodni temu pisał w "Rzeczpospolitej" Marcin Zdort.
Tekst ten mocno mnie zdziwił, bo tak ostrej krytyki innego medium w "Rzeczpospolitej" nie pamiętam. Z taką brutalnością nie polemizuje się tam ani z
"Gazetą", ani nawet z "Trybuną". Zaskoczyła mnie też histeryczność tej diagnozy. Rozumiem, że wiele tekstów "Dziennika" może się nie
podobać, zwłaszcza gdy są czytane z tak skrajnych pozycji, jak te zajmowane dziś przez "Rzepę", jednak nazywanie nas skrajną lewicą wykracza poza ramy racjonalnej
dyskusji.
Ale to był zaledwie początek. Chwilę potem uderzył Tomasz Terlikowski, piętnując obłudę mediów wobec Jana Pawła II. Jego zdaniem świeckie media pozornie go wielbią po to tylko, by tym
brutalniej zwalczać jego nauczanie. Do głównych obłudników został zaliczony DZIENNIK, który z jednej strony wydaje dodatek papieski, z drugiej zaś nie podąża za każdą papieską nauką,
np. na temat aborcji.
Zgoda, nie podążamy, ale co z tego? Czy jest to znak braku szacunku? Przecież szacunek i uległość to różne porządki. Można kogoś szanować i podziwiać, ale dokonywać innych wyborów.
Albo po prostu – jako świecka gazeta – skupiać się na czymś innym. Nie na nauczaniu doktryny i ćwiczeniach w udawanej pokorze, ale na przedstawianiu racji jej obrońców i
krytyków. I na podkreślaniu, że wybór sumienia powinien pozostać właśnie wyborem, a nie państwowym przymusem.
Argumentacja Terlikowskiego jest ciekawa tylko jako opis umysłowości publicysty dzisiejszej "Rzepy". Zwłaszcza tak twardo postawione żądanie posłuszeństwa. Zupełnie
nietypowe dla języka świeckich gazet, nietypowe nawet dla prasy katolickiej. To żądanie wprowadza do dyskusji publicznej logikę religii i to w formie o niebo bardziej apodyktycznej niż ta,
którą posługują się w publicznych wypowiedziach biskupi. Biskup nie powie: nie wydawajcie dodatku papieskiego, skoro nie jesteście papieżowi posłuszni w stu procentach, skoro ośmielacie się
publikować głosy polemiczne. Janseniści z "Rzepy" odwrotnie. Oni żądają więcej niż duchowni. Uznają logikę: albo wszystko, albo nic. I egzekwują ją nie w Kościele, ale
w gazecie.
Spór o Marka Jurka
Wkrótce kampania "Rzeczpospolitej" przeciwko DZIENNIKOWI nabrała rumieńców za sprawą Marka Jurka i jego pomysłu zaostrzenia przepisów aborcyjnych od strony konstytucji. Od
samego początku "Dziennik" był krytyczny. Po pierwsze, bo akcja Marka Jurka była naruszeniem autonomii sfery polityki. Wprowadzała w jej obszar racje religijne, w dodatku jako
wobec polityki nadrzędne i niepodlegające negocjowaniu.
Po drugie, byliśmy przeciw Jurkowi dlatego, że racje absolutne niszczą politykę. Co zresztą od razu zobaczyliśmy, bo występując w imieniu nienegocjowalnej wartości Jurek nie mógł zbudować
kompromisu, musiał przegrać głosowanie, potem nie mógł zaakceptować porażki (od tej chwili byłby to wielki grzech) i musiał abdykować z funkcji marszałka, a następnie nie mógł zostać w
PiS (znowu dyktat racji absolutnej), więc odszedł, rozbijając partię. Jeśli ktoś potrzebował dowodu, jak niszczące dla polityki są nienegocjowalne pryncypia, dostał go niemal natychmiast.
Pierwsze od wielu lat pojawienie się wartości absolutnej na prawicy w ciągu kilku tygodni wywołało w niej rozłam.
Po trzecie, sprzeciwiliśmy się akcji Jurka, ponieważ była ona dramatycznie nieskuteczna - także w wymiarze deklarowanych przez siebie celów. Marek Jurek i jego zwolennicy twierdzili, że
walczą o wzmocnienie ochrony życia poczętego. W istocie starali się dowieść jedynie, że świecka polityka jest sferą upadłą i żadne kompromisy z nią ludzi wierzących nie są
możliwe.
W tym sensie klęska Jurka była dla niego zwycięstwem. Miała wyjaśnić jego zwolennikom, dlaczego w takiej świeckiej polityce nie może funkcjonować, dlaczego nie musi uznawać jej reguł. Nie
była to w gruncie rzeczy akcja polityczna, ale demonstracja obrzydzenia i wstrętu do upadłej, świeckiej, liberalnej polityki. Dlatego zupełnie ignorowała skutki, które przyniesie. Dla
wszystkich było jasne, że zerwanie kompromisu wcześniej czy później skończy się liberalizacją ustawy aborcyjnej. Ale dla Jurka to nie było ważne. Wchodząc w obszar motywacji religijnych -
mówiąc językiem Webera - porzucał etykę odpowiedzialności na rzecz etyki przekonań. Nie był już politykiem, ale wiernym, który daje świadectwo swojej gorliwości.
Nasza krytyka rozjuszyła popierających Jurka publicystów "Rzepy". Zarzucono nam cynizm. W kolejnym tekście Zdorta można było przeczytać: "Po lekturze tekstu Cezarego
Michalskiego biję się w pierś. Chyba się pomyliłem, stwierdzając ostry skręt jego gazety w kierunku lewicowej ideologii. W rzeczywistości bowiem "Dziennik", stawiając na
piedestale pokój społeczny, jest po prostu niechętny wszelkim wartościom – i lewicowym, i prawicowym".
Na marginesie sporu o Jurka "Rzepa" zdefiniowała swoje polityczne pozycje. Postawiła wyrazistą tezę, że nie tylko DZIENNIKOWI, ale całej polskiej polityce brakuje wartości.
Brakuje myśli państwowej, która – zdaniem gazety - może wyrastać jedynie "z przyrodzonych praw człowieka lub z zasad religii". Publicyści
"Rzeczpospolitej" przedstawili IV RP jako aksjologiczną pustynię. Szydząc z rządzącego PiS-u, że jako inwokacja do Konstytucji IV RP powinna tej partii posłużyć formuła:
"My społeczeństwo w nic niewierzące i z żadnych źródeł jakichkolwiek wartości niewywodzące...".
I znowu to, co o Polsce czytamy w "Rzeczpospolitej" więcej nam mówi o niej samej niż o rzeczywistości. Bo jak jest, widzimy wszyscy. Cała polityka wręcz ocieka postulowanymi
przez "Rzepę" wartościami. Żyjemy w państwie, które uprawia politykę historyczną, które pielęgnuje każdy detal narodowej martyrologii, którego gospodarka jest opleciona
całą siecią wartości, zwanych łącznie społeczną solidarnością. Żyjemy w państwie, które lustruje, stawia moralne zarzuty kolejnym grupom społecznym, walczy za wolność Irakijczyków i
Afgańczyków, zaostrza rygory wychowawcze w szkole, hołubi Kościół, a religię podnosi do rangi przedmiotu maturalnego.
W mojej ocenie z "wartościami" wręcz przesadziliśmy. Za dużo ich. Za dużo bodźców wychowawczych. Przychodzących ze zbyt wielu stron. Często krytykowaliśmy te przerosty
"rewolucji moralnej" czy też raczej moralizatorskiej retoryki PiS, nad skutecznymi działaniami na rzecz modernizacji państwa. Żałowaliśmy niejeden raz, że tak bardzo
skupionej na "wartościach" partii rządzącej zabrakło bardziej pragmatycznego, tonizującego, liberalnego włanie koalicjanta.
Zatem by nie dostrzegać "języka wartości" we współczesnej Polsce, aby skarżyć się na jego brak, trzeba mieć radykalne potrzeby. Co też jest moją diagnozą w odniesieniu
do dzisiejszej "Rzeczpospolitej". Uważam, że przesuwa się ona na pozycje coraz bardziej skrajne. I z nich atakuje DZIENNIK. "Bez poważnego traktowania wartości... -
czytamy w tekście o dzisiejszej Polsce – państwo staje się wydmuszką". To jak ma wyglądać upragnione całe jajeczko? Czy wartości zostałyby przez
"Rzeczpospolitą" zauważone dopiero wówczas, gdyby stały się spójną, totalną ideologią? Mającą gwarantowany przez państwo monopol?
Wszystko albo nic
Na to pytanie odpowiedział Paweł Milcarek. Kilka dni później, już po upadku Jurka, napisał on tekst będący panoromą opresji, jakie spotykają polski katolicyzm pod rządami ateistycznego
PiS, a w dodatku przy faryzejskim milczeniu Kościoła. Tekst zaczynał się bowiem od pretensji do biskupów, którzy zawiedli i nie poparli Jurka. Potem następowała długa tyrada na temat
DZIENNIKA. Dowiedzieć się z niej można było, że istnieje w Polsce "układ pragmatyczny". Zawarli go ci, "którzy chcą pozbawić katolicyzm jakiegokolwiek znaczenia
politycznego" oraz ci, "którzy z zamiarem budowy "prawicy" laickiej chcą wyrzucić wszelką myśl o cywilizacji chrześcijańskiej do piekła
"fundamentalizmu".
I dalej pisał o tym układzie: "Kto chce zobaczyć, jak funkcjonuje on w praktyce, powinien przyjrzeć się liniiDZIENNIKA. Katolicy otrzymają tam zawsze kremówkę w postaci tabloidalnego
entuzjazmu dla "santo subito", a równocześnie twarde napomnienie, że nauczanie tegoż Jana Pawła II nie powinno mieć realnego wpływu na ich widzenie państwa, polityki i
konstytucji nawet w sprawie tak podstawowej, jak ochrona życia. Oto linia, którą DZIENNIK Krasowskiego i Michalskiego wprowadza w życie nadzwyczaj konsekwentnie. Już niejedną rozprawę
poświęcono tam polemice z Markiem Jurkiem, rozpoznanym jako polityk najbardziej niebezpieczny dla projektu prawicy laickiej".
Odpowiadam. Nie ma żadnego "układu pragmatycznego". Jest po prostu konstytucja, która oddziela państwo od religii. Nie jest to umowa szczególnie tajna, której istnienie
dopiero Milcarek wytropił. Odkąd obowiązuje, wydrukowano ją w ciągu dekady w ponad kilkunastu milionach egzemplarzy, nie budząc przy tym szczególnej sensacji. Nie jest też tajny fakt, że
oddzielenie państwa i religii poparli nie tylko politycy, ale także biskupi. I o tym fakcie poinformowali wiernych. W tym także Milcarka. I wreszcie - nie jest też odkryciem, że DZIENNIK
akceptuje obowiązujący w Polsce ład prawny. Nawet nie z "cynicznego pragmatyzmu", ale dlatego, że uważamy ten ład za dobry. Chroniący wartości, ale i gwarantujący wolność
obywateli.
Rozumiem, że Milcarka taka odpowiedź nie zadowoli. Uzna ją za chowanie się za gardą poprawności. On sam odrzuca bowiem rozdział Kościoła od państwa. W ślad za T.S. Eliotem powiedziałby
zapewne, że jest on dla chrześcijaństwa niekorzystny, jest abdykacją chrześcijaństwa przed liberalizmem, którą dla osłody nazwano remisem i że chrześcijaństwo potrzebuje
chrześcijańskiego państwa.
Tyle że Milcarek pomija pewien istotny fakt. A manowicie, że my w Polsce ten scenariusz już testowaliśmy. W latach 90. Nie na skalę całego państwa, ale kilku partii prawicowych. Wystarczyło
jednak materiału, aby dziś mówić o absolutnej porażce.
Początek lat 90. to był okres, kiedy polska prawica definiowała się w odniesieniu do Boga. Pozbawiona politycznych tożsamości, wyrwana z ciągłości rozwoju, oderwana od swoich
najważniejszych tradycji – konserwatywnej, liberalnej, narodowej – które były jak najbardziej świeckie, uwikłana w ostry spór z lewicą i przeżywająca boleśnie niedawny
rozpad "solidarnościowej wspólnoty", uciekła na pozycje konfesyjne. Nie wiedząc na czym polega polityka, w religii szukała bezpośredniej pomocy. Ewangelia miała być jej
programem, a Kościół organizacyjną podstawą.
Skończyło się tym, że najbardziej religijny naród w Europie na wiele lat przegonił prawicę od władzy, bo się jej wystraszył. Bo nawet żarliwi katolicy chcą być posłuszni Bogu na mocy
własnych decyzji, a nie państwowych zaleceń.
Czy Polska jest bezbożna
Czy katolicyzm jest dzisiaj w Polsce w podziemiu? Czy jest opresjonowany przez spójną koalicję ateistycznej władzy i mediów? Co ma dziś katolicyzm? Otóż realny monopol na kształtowanie
etycznych postaw Polaków. Jeśli spojrzymy na sprawę w kategoriach dużych liczb, to edukacja moralna w Polsce jest katolicka. Publicyści "Rzepy" mogą się skarżyć, że to
sfera jedynie prywatna. Zgoda. Ale czy można mieć dziś coś więcej? To maksimum tego, co katolicyzm we współczesnym świecie może osiągnąć.
Zwłaszcza że sami katolicy nie chcą niczego więcej. To głosami katolickiej większości wyrzucono z życia politycznego partie mające w nazwie i na sztandarach ambicję bycia politycznymi
reprezentantami Kościoła, ambicje stworzenia państwa, w którym pomiędzy prawem Boskim a prawem świeckim nie będzie już różnic. To wreszcie sam Kościół uznał, że nie będzie
trywializował swoich idei na użytek bieżącej polityki, oraz zdecydował, że wejście do polityki oznaczałoby ryzyko utraty autorytetu. Zrozumiał, że bądąc stroną w sporze politycznym może
być zwalczany, a następnie upaść jak wiele innych partii. Biskupi uznali, że ambona i niekontestowane już przez nikogo prawo do obecności w mediach dają im w dłuższej perspektywie większe
możliwości wpływania na moralne wybory Polaków niż instrumenty bezpośredniej kontroli nad sumieniami.
Tymczasem to, co zaprezentowali publicyści "Rzeczpospolitej", to jawna obrona państwa wyznaniowego. Wiem, że słysząc tę etykietę, będą się zżymać, sam jej nie lubię, bo
widziałem, jak często i jak nieuczciwie wykorzystywano ją w sporach z prawicą, ale lepszego pojęcia niestety nie ma, skoro dzisiejszy ład, w którym Kościół i katolicyzm odgrywają naprawdę
centralną rolę, to dla nich za mało. Skoro nie wystarcza im już wolność własnego sumienia, ale domagają się panowania nad sumieniami innych.
Czy naprawdę autorzy "Rzepy" nie widzą, że nikt w Europie nie ma tyle, ile katolicy w Polsce. Że gra o jeszcze więcej jest już nie tylko bezczelnością, ale zwykłym
awanturnictwem, na którym można tylko stracić? Więc po co robić z siebie durnia. Po co ośmieszać Kościół? Polscy biskupi po 1989 roku dokładnie sobie obejrzeli Europę. I zrozumieli, że z
żywiołem zmian nie da się wygrać, że trzeba go łagodzić. Zajmując i tak bez porównania lepsze pozycje, niż to się udało kościołom zachodnim. W sprawie aborcji taką pozycją był
istniejący kompromis. I dlatego Kościół z taką irytacją przyjął akcję Jurka.
Wszystko w państwie jest w rękach prawicy. Kościół jest szanowany. Wartości chrześcijańskie respektowane. A religia ma się stać przedmiotem maturalnym. I tego jeszcze
"Rzeczpospolitej" za mało? Jeszcze państwo jest dla niej zbyt laickie? Ustawodawstwo antyaborcyjne zbyt permisywne? Religia nadal zbyt słaba?
Koniec polityki
Jakiś czas temu, kiedy jeszcze o "Dzienniku" można było pisać w "Rzeczpospolitej" bez ostentacyjnej niechęci, Michał Szułdrzyński, szef "Nowego
Państwa", postawił tam diagnozę, że dzisiaj w Polsce "o rząd dusz na prawicy starają się walczyć ze sobą DZIENNIK i "Rzeczpospolita". I konkludował, że
"to właśnie między tymi dwoma redakcjami przebiega linia podziału intelektualnego sporu na polskiej prawicy". Do takiej diagnozy zgłaszam dwie zasadnicze wątpliwości. Po
pierwsze, jest to błędny opis DZIENNIKA. My nie walczymy o rząd dusz, ani na prawicy, ani gdzie indziej. Owszem mamy swoje sympatie ideowe, nie ukrywamy ich, ale nie mamy misji potępiania tych,
których nie zdołamy przekonać. Poza tym, zanim zaczniemy nawoływać do zmiany świata, chcielibyśmy go nieco lepiej poznać. Dlatego prezentujemy różne stanowiska, zachęcamy, wręcz zmuszamy
ich reprezentantów do tego, żeby spierali się na naszych łamach.
I druga uwaga. Szułdrzyński pisze, że toczymy spór intelektualny o kształt polskiej prawicy. Jeśli tak, to chciałbym się spytać – z kim? Gdzie jest druga strona tego sporu? Nie
chcę nikogo obrazić, ale ja jej nie widzę. Bo czy jest stroną debaty Zdort ze swoją obsesją wartości, których nie potrafi dostrzec wokół siebie? Terlikowski i Milcarek z pełnym zakazem
aborcji? Przecież ich poglądy to nie jest żadna prawica. To już tylko muzeum. Z truchłami pojęć, którymi uprawiano politykę w dawno minionych epokach.
Prawica to dziś Merkel, Cameron, Sarkozy. A w Polsce Kaczyński, Tusk, Dorn, Rokita. Wszyscy oni prowadzą grę o przejęcie kontroli nad obecną fazą modernizacji społecznej. Zaakceptowali
większość zjawisk współczesnego świata, w tym zmiany obyczajowe, bo wiedzą, że ci, którzy okopują się na pozycji de Maistra, którzy pod poduszką mają Eliota, nie biorą udziału w tej
grze. Nie są żadną prawicą. Nie prowadzą żadnej polityki. Nie zależy im na kształtowaniu świata. Zadowalają się jego potępianiem.
Michał Szułdrzyński się myli. Owszem, nadal piszą w "Rzepie" ciekawi publicyści - jak Semka czy Ziemkiewicz - jednak w swym głównym nurcie gazeta nie jest już prawicowa.
Ona nie jest już nawet polityczna. Jest jedynie archaiczna. A przez to komiczna. Jeśli ma jakiś kontakt z polityką, to tylko destrukcyjny - gdy nawołuje prawicę do maksymalizmu, który może
ją jedynie skompromitować. Do maksymalizmu, który dziś realizują jedynie Giertych i Rydzyk. Jedyne postaci z prawej strony, które przez "Rzepę" nie są krytykowane.
Katolicyzm czy sekta
A może "Rzeczpospolita" to jednak polityka, tyle że katolicka? Otóż również nie. Przeanalizujmy sytuację jeszcze raz, bo naprawdę warto. Przecież publicyści
"Rzepy" nie wystąpili z poparciem dla Kościoła i Episkopatu. Odwrotnie. Biskupi odmówili wsparcia dla akcji Marka Jurka, bojąc się, że skończy się ona liberalizacją
ustawy. Nawet Rydzyk skrytykował Jurka, uznając w tej sprawie prymat argumentów politycznych. Publicyści "Rzepy" wystąpili więc nie z poparciem dla biskupów, ale przeciw
biskupom. Wystąpili, bo uznali, że polscy biskupi są zbyt liberalni i zbyt tchórzliwi w obronie boskich racji.
To już nie jest ani polityka, ani nawet polityka katolicka. To już czysto wewnątrzreligijny spór. Dzisiejsza "Rzeczpospolita" toczy sekciarską wojnę z większością
współczesnego Kościoła. Publicyści walczą tu z Drugim Soborem Watykańskim, z jego zbyt postępową - ich zdaniem - teologią, zbyt liberalnymi reformami, zbyt pasywnym stosunkiem do polityki,
zmodernizowaną liturgią. Z ich skrajnie tradycjonalistycznej pozycji wrogiem jest nawet nie lewica, nie Kaczyński, ale Gocłowski, Pieronek i Glemp.
Jurek czy Zawisza od lat ostentacyjnie uczestniczą w łacińskich mszach. "Rzeczpospolita" od wielu miesięcy lobbuje na rzecz powrotu do liturgii przedsoborowej. Tak jak dawniej
specjalizowała się w dyskusjach konstytucyjnych, tak dziś z równym oddaniem poświęciła się analizom zmian w liturgii. Każdy sygnał z Kurii Watykańskiej, który dopuszcza powrót do
przedsoborowych praktyk, jest szeroko nagłaśniany i omawiany. Zwolennicy Marka Jurka tęsknią za archaicznymi formami religijności.
Tęsknią też za czasami gorącej wiary. Jeden z nich znany jest z tego, że powiesił sobie w przedpokoju kropielnicę, aby od progu mieszkania poczuć się jak w kościele. OK, jego mieszkanie i
jego wybór. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy te potrzeby chce narzucić innym. I w przypadku odmowy reaguje oburzeniem. Chciałbym się jednak spytać ortodoksów z
"Rzeczpospolitej", czemu my wszyscy mamy się zgodzić na to, że chcecie użyć forum polskiego parlamentu do przeprowadzenia waszej kontrreformacji? Czemu władza państwowa
miałaby przenieść do sfery polityki jawnie wewnątrzwyznaniowy spór? I czemu świeckie gazety krytykowane są za to, że nie poszły śladem "Rzeczpospolitej"?
Oczywiście na te pytania odpowiedzi nie usłyszymy. Jednak sprawa jest dość prosta. Zawisza, Zdort, Milcarek to ten typ ludzki, który co jakiś czas pojawia się zarówno na prawicy, jak i na
lewicy. Cechuje ich nie tyle fanatyzm, co raczej skłonność do heroizacji własnego istnienia, silna potrzeba wzięcia na swoje ramiona jakiegoś wielkiego ciężaru. Kiedy ich równieśnicy
wyrastają z marzeń o tym, by zostać wielkim rycerzem albo bohaterskim strażakiem, oni dopiero się rozkręcają.
Zbawienie siebie, pomoc bliźniemu, to dla nich zbyt mało. Oni chcą uratować miliony istnień przed potępieniem, przed zgnuśnieniem w śmiertelnym grzechu życia codziennego. Oni łakną czynów
wielkich, które można dostrzec z kosmosu. Choć przed światem grają pokorę, rządzi nimi pycha. Rozmach ich ambicji robi wrażenie. Śmieszności.