Wtedy pozostaje tylko Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny. Szkoda, bo zanim dojdzie do choroby, jaką jest nadprodukcja nieczytelnych przepisów, można zastosować skuteczny lek – rozsądek i umiar.

Zgodnie z konstytucją każdy obywatel może domagać się naprawienia szkody wyrządzonej przez bezprawne działanie urzędów. Jeżeli parlament stanowi szkodliwe czy niejasne ustawy, które działają na niekorzyść ubezpieczonych, pracowników, emerytów czy rencistów, ci powinni mieć możliwość dochodzenia swoich roszczeń. Pod warunkiem, że udowodnią, że uchwalone przepisy wyrządziły im szkodę.

Niestety odpowiedzialność za złe prawo zawsze spada na barki przeciętnych Kowalskich czy Nowaków. A także na przedsiębiorców. Bo przecież nie na parlamentarzystów. Ci bowiem mogą produkować buble legislacyjne bezkarnie.

Tworzenie złego (niejasnego) prawa nie tłumaczą nawet dobre intencję. Bo co z tego, że kobiety, które opiekowały się dziećmi na urlopach wychowawczych po 1999 roku mają ten czas wliczany do stażu emerytalnego. Skoro te, które robiły to wcześniej – już nie. Zostały zmuszone do szukania sprawiedliwości w sądach. Po wielu wzajemnie wykluczających się orzeczeniach Sąd Najwyższy przyznał w końcu im to prawo. To tylko jedna z nielicznych niedoróbek prawnych, która swój finał znalazła w murach Temidy. Za chwilę zbierze się grupa pracujących emerytów, którym prawo do pobierania należnego im świadczenia teraz uzależnia się od zwolnienia z pracy. Ci również pójdą walczyć z wadliwymi przepisami do sądu. I kto wie, może po kilkuletnim boju wygrają.

Za niecałe dwa tygodnie nowi posłowie zbiorą się na pierwszym posiedzeniu Sejmu. Być może przy uchwalaniu przepisów wykażą więcej rozwagi niż ci, którzy zasiadali w nim wcześniej. A przynajmniej niech pamiętają, że więcej nie zawsze znaczy lepiej.