Już jako dziecko zrozumiałem, że stan wojenny wprowadzili ludzie źli, głupi, brzydcy, ponurzy i fatalnie ubrani. A wymierzony był w ludzi dobrych, inteligentnych, uczciwych, z fantazją i poczuciem humoru oraz fajnymi wąsami - pisze w DZIENNIKU Igor Zalewski.
W grudniu 1981 roku byłem szczeniakiem. Miałem lat 11. Stan wojenny - to banalne wspomnienie - pozbawił mnie "Teleranka", ale też klasówki z
matematyki przewidzianej na poniedziałek. Wydłużył ferie, ale też zabrał nauczyciela od historii, fantastycznego pana Tymosiaka.
Nie pamiętam już, czy go internowano, czy musiał się ukrywać, ale zniknął na długie miesiące i nigdy mnie już nie uczył. W mojej pamięci zapisał się nie tylko jako doskonały belfer, ale i archetyp solidarnościowego działacza – dżinsowe spodnie i torba, znaczek „S” w sztruksowej marynarce (albo swetrze), wąsiska a la Wałęsa, ciut przydługie włosy i ostre poczucie humoru. Razem z polonistą – Andrzejem Opalą (ten z kolei miał brodę, skórzaną torbę z naklejką Canon i talent showmana) – byli dla mnie ważniejsi niż Kuroń, Michnik czy Romaszewski. Dawali wiedzę, także tą „antysystemową”, ale przede wszystkim pokazywali, że trzeba być przeciwko komunizmowi. Dlaczego przeciwko? Dlatego, że ich polityczni oponenci z grona pedagogicznego prezentowali się jak stado niedojd ze wsi białoruskiej.
Jak w bajce
Z czasów tuż przed stanem wojennym pamiętam jeszcze jedną rzecz – polityczną debatę z rówieśnikami w przerwie zjeżdżania na sankach. Ja i moi kumple byliśmy zdecydowanie prosolidarnościowi, bo to po prostu było oczywiste. To się wynosiło z domu. Ze swadą szóstoklasistów wywodziliśmy, że bieda, w której powoli tonęła Polska, to następstwo władzy PZPR. Nieoczekiwanie jeden koleś z podwórka jął dowodzić – widać, naoglądał się „Dziennika Telewizyjnego”, że wszystko, co złe, jest winą „Solidarności”. Ponieważ opierał się rzeczowym argumentom, natarliśmy go pigułami, co było widomym znakiem narastania tendencji ekstremalnych w łonie opozycji. Władza musiała się bronić przed takimi jak my i za kilka dni to zrobiła. Chciałbym napisać, że ojciec natartego był milicjantem, ale niestety nie był. Jednakże on sam w wieku dojrzałym został złodziejem, co... jakoś tak pasuje do zwolennika komunistów.
Kiedy zatem stan wojenny został wprowadzony, nawet bez Wolnej Europy słuchanej rytualnie co wieczór przez mojego dziadziusia (jakże żałuję, że zmarł w marcu 1989 roku, tuż przed krachem komunizmu!) rozumiałem, że wprowadzili go ludzi źli, głupi, brzydcy, ponurzy i fatalnie ubrani. A wymierzony był w ludzi dobrych, inteligentnych, uczciwych, z fantazją i poczuciem humoru oraz fajnymi wąsami. W dodatku tych pierwszych było niewielu, a tych drugich – mnóstwo. Z punktu widzenia dziecka było w tym coś baśniowego – oto wyposażone w czołgi Zło atakuje bezbronne i ufne Dobro. Podobnie infantylne skojarzenia miał zresztą i Ronald Reagan, nazywając Związek Radziecki po imieniu. Czyli Imperium Zła. Z tym że ja, w przeciwieństwie do prezydenta USA i wbrew bajkowym schematom, nie wierzyłem, że Zło w końcu przegra. A może tylko nie myślałem o przyszłości.
Stan na porost polskości
Ktoś mądry zauważył, że nawet koszmar przeżywany w młodości z upływem lat staje się wyidealizowaną epoką, za którą się tęskni. Coś w tym jest. Oczywiście, nie marzy mi się powrót stanu wojennego i koczowanie od 6 rano w kolejce po jajka, bo może rzucą. Ale… W jakiś przedziwny i niezbyt mądry sposób czuję się lepszy od młodszych ode mnie ludzi, którzy 13 grudnia nie przeżyli albo w ogóle go nie pamiętają.
Skąd to poczucie? Raz, że czuję się bogatszy o wspomnienia i doznania, których oni prawdopodobnie już nie zaznają. Wiem więcej o świecie, tak jak ludzie jeżdżący w dalekie kraje i opowiadający ziomkom o widzianych tam dziwach. Godzina milicyjna? Naprawdę? Czołgi na ulicach? Rajstopy w warzywniaku? O rany! – to są zwykłe reakcje na moje opowieści obieżyświata, choć – trzeba przyznać – dość szybko przechodzą w ziewanie.
Dwa, że dzięki stanowi wojennemu czuję się jakoś tak… bardziej spełniony jako Polak. Dziwne, prawda? A chodzi o to, że prawie każde pokolenie w naszej tragicznej historycznej sztafecie było w pewnym momencie przepuszczane przez maszynkę do mielenia mięsa. Trzeba było ciągle walczyć o te kilka ładnych, świętych pojęć. I trzeba było płacić cenę krwi, a nawet życia. Takie były po prostu polskie losy.
Stan wojenny był ostatnim akordem tej smutnej i pięknej symfonii. Trudno powiedzieć, że ją współtworzyłem, ale przynajmniej słyszałem z bardzo bliska. Jako zupełnie nieznaczący statysta uczestniczyłem w tym, co Polacy zwykli uważać za Historię. Bo jak wiadomo, po roku 1989 roku Historia się skończyła. Nie tak, jak rozumiał to Fukuyama, ale tak jak rozumieliśmy to my. Zrywów, walki, powstań, konspiracji, bibuły i buntów już chyba (odpukać) nie będzie. I dlatego właśnie ze stanem wojennym czuję się bardziej spełniony jako Polak, niż gdybym go nie doświadczył.
Ludzie i Obcy
Trochę paradoksalne. Coś bardzo antypolskiego wzmacnia polskość. Jeszcze większym paradoksem jest to, że dla autorów stanu wojennego, a właściwie szerzej – komunistów, zachowałem tylko zimną nienawiść, choć to im zawdzięczam patriotyczne uniesienie. Stan wojenny – zdaję sobie z tego sprawę – czyni mnie człowiekiem anachronicznym. Chociaż upłynęło tak wiele lat, nadal jest dla mnie istotnym punktem odniesienia.
To efekt tego dziecinno-baśniowego spojrzenia na początek lat 80. „Solidarność” była dla mnie Dobrem. Zresztą rzeczywiście, była jednym z najpiękniejszych i najwspanialszych zjawisk, jakie wydarzyły się w dziejach naszego kraju. Stan wojenny to Zło, które postanowiło zniszczyć wszystko co ładne i jasne. Sytuacja jak z „Władcy Pierścieni”.
Do tej dziecięcej wizji z czasem dołączyła wiedza o najnowszej historii Polski. I niestety nie mogę się uwolnić od zupełnie nienowoczesnego zwyczaju oceniania ludzi podług tego, po której stronie wtedy stali. Pewnie dlatego to takie ważne, że wybór był wtedy najprostszy z możliwych, zerojedynkowy, pozbawiony odcieni, niuansów i komplikacji. Albo było się za „Solidarnością”, czyli Dobrem. Albo za Jaruzelskim, czyli Złem. Albo, albo. Ot, taka chwila prawdy, która nie zdarza się zbyt czsto. W pewnym sensie stan wojenny był jak laboratoryjne doświadczenie mające pokazać najprawdziwszą naturę ludzi, którzy wówczas żyli i działali.
Efekt jest taki, że wobec ludzi, których zamykano wtedy w więzieniach, stosuje taryfę ulgową. Czy Michnik, czy Niesiołowski, czy Frasyniuk, czy Kaczyński, czy Labuda, czy Piłka – dla mnie wszyscy są godni szacunku, jak bardzo nie rozumiałbym tego, co robią teraz, czy robili niedawno. I na odwrót – ci, którzy wprowadzali stan wojenny, lansowali go w „Polityce”, zasiadali w komunistycznych Sejmach lat 80. to Obcy. Stwory z innej planety, czyli w gruncie rzeczy nieludzie. Niezależnie od tego, czy dalej piszą do „Polityki”, czy działają w SLD, czy recytują patriotyczne dyrdymały w Telewizji Trwam. Mogę nawet ich lubić, bo czyż kosmici nie bywają sympatyczni?
Pogarda dla przeszłości
Oczywiście, wiem, że to wizja uproszczona. Że ludzie się zmieniają i jedna decyzja – choćby w najbardziej kluczowej sprawie – nie określa człowieka na resztę jego dni. Że każdy może się pomylić. Albo zmienić na lepsze. Dlatego świadomie spycham tę wizję gdzieś w głąb siebie, by historyczne odurzenie nie przeszkadzało mi w trzeźwej ocenie teraźniejszości i kalkulacjach na przyszłość. Ale to nie zawsze się udaje. Stan wojenny wybija jak szambo i oblepia smrodem swych hetmanów i ich czeladź nawet wtedy, gdy wybierają przyszłość. Bo gdyby nie oni, ta przyszłość byłaby teraz znacznie bliżej.
Szczerze mówiąc, nic mnie tak nie wkurza, jak dawni komunistyczni aparatczycy, którzy teraz pouczają, żeby nie babrać się w przeszłości, nie taplać się w błocie archiwów, nie toczyć jałowych historycznych sporów, nie oglądać wstecz, lecz kroczyć naprzód i podejmować wyzwania przyszłości. Historia – dowodzą – nie tworzy bowiem perspektyw i dlatego Polacy emigrują. Nie zajmujmy się tym, co było. Pięknie w swym wyborczym haśle „Wybierzmy przyszłość” streścił tę filozofię w 1995 roku Aleksander Kwaśniewski. Ale ta troska o przyszłość i wzgarda dla przeszłości bije od każdego polityka postkomunistycznej lewicy. To swoiste motto postkomunizmu.
Ta cyniczna amnezja budzi we mnie gniew nawet nie z powodu ofiar stanu wojennego. Bliższy jest mi całkowicie bezkrwawy przykład mojej mamy. Ona to miała perspektywy. Jej koleżanki musiały wyjeżdżać z Polski w roku 1968, ale także uciekały na Zachód właśnie po stanie wojennym. Przez ten czas zjeździły kawał świata, pokupowały domy i wklepywały w starzejącą się skórę kremy, które w Warszawie można było oglądać w Peweksie. Moja mama zaś trawiła życie w kolejkach po cukier, polowała na kiełbasę oraz zastawiała sidła na papier toaletowy. Mam o tym zapomnieć? Niedoczekanie. Zawsze będę wam to pamiętał.
Nie pamiętam już, czy go internowano, czy musiał się ukrywać, ale zniknął na długie miesiące i nigdy mnie już nie uczył. W mojej pamięci zapisał się nie tylko jako doskonały belfer, ale i archetyp solidarnościowego działacza – dżinsowe spodnie i torba, znaczek „S” w sztruksowej marynarce (albo swetrze), wąsiska a la Wałęsa, ciut przydługie włosy i ostre poczucie humoru. Razem z polonistą – Andrzejem Opalą (ten z kolei miał brodę, skórzaną torbę z naklejką Canon i talent showmana) – byli dla mnie ważniejsi niż Kuroń, Michnik czy Romaszewski. Dawali wiedzę, także tą „antysystemową”, ale przede wszystkim pokazywali, że trzeba być przeciwko komunizmowi. Dlaczego przeciwko? Dlatego, że ich polityczni oponenci z grona pedagogicznego prezentowali się jak stado niedojd ze wsi białoruskiej.
Jak w bajce
Z czasów tuż przed stanem wojennym pamiętam jeszcze jedną rzecz – polityczną debatę z rówieśnikami w przerwie zjeżdżania na sankach. Ja i moi kumple byliśmy zdecydowanie prosolidarnościowi, bo to po prostu było oczywiste. To się wynosiło z domu. Ze swadą szóstoklasistów wywodziliśmy, że bieda, w której powoli tonęła Polska, to następstwo władzy PZPR. Nieoczekiwanie jeden koleś z podwórka jął dowodzić – widać, naoglądał się „Dziennika Telewizyjnego”, że wszystko, co złe, jest winą „Solidarności”. Ponieważ opierał się rzeczowym argumentom, natarliśmy go pigułami, co było widomym znakiem narastania tendencji ekstremalnych w łonie opozycji. Władza musiała się bronić przed takimi jak my i za kilka dni to zrobiła. Chciałbym napisać, że ojciec natartego był milicjantem, ale niestety nie był. Jednakże on sam w wieku dojrzałym został złodziejem, co... jakoś tak pasuje do zwolennika komunistów.
Kiedy zatem stan wojenny został wprowadzony, nawet bez Wolnej Europy słuchanej rytualnie co wieczór przez mojego dziadziusia (jakże żałuję, że zmarł w marcu 1989 roku, tuż przed krachem komunizmu!) rozumiałem, że wprowadzili go ludzi źli, głupi, brzydcy, ponurzy i fatalnie ubrani. A wymierzony był w ludzi dobrych, inteligentnych, uczciwych, z fantazją i poczuciem humoru oraz fajnymi wąsami. W dodatku tych pierwszych było niewielu, a tych drugich – mnóstwo. Z punktu widzenia dziecka było w tym coś baśniowego – oto wyposażone w czołgi Zło atakuje bezbronne i ufne Dobro. Podobnie infantylne skojarzenia miał zresztą i Ronald Reagan, nazywając Związek Radziecki po imieniu. Czyli Imperium Zła. Z tym że ja, w przeciwieństwie do prezydenta USA i wbrew bajkowym schematom, nie wierzyłem, że Zło w końcu przegra. A może tylko nie myślałem o przyszłości.
Stan na porost polskości
Ktoś mądry zauważył, że nawet koszmar przeżywany w młodości z upływem lat staje się wyidealizowaną epoką, za którą się tęskni. Coś w tym jest. Oczywiście, nie marzy mi się powrót stanu wojennego i koczowanie od 6 rano w kolejce po jajka, bo może rzucą. Ale… W jakiś przedziwny i niezbyt mądry sposób czuję się lepszy od młodszych ode mnie ludzi, którzy 13 grudnia nie przeżyli albo w ogóle go nie pamiętają.
Skąd to poczucie? Raz, że czuję się bogatszy o wspomnienia i doznania, których oni prawdopodobnie już nie zaznają. Wiem więcej o świecie, tak jak ludzie jeżdżący w dalekie kraje i opowiadający ziomkom o widzianych tam dziwach. Godzina milicyjna? Naprawdę? Czołgi na ulicach? Rajstopy w warzywniaku? O rany! – to są zwykłe reakcje na moje opowieści obieżyświata, choć – trzeba przyznać – dość szybko przechodzą w ziewanie.
Dwa, że dzięki stanowi wojennemu czuję się jakoś tak… bardziej spełniony jako Polak. Dziwne, prawda? A chodzi o to, że prawie każde pokolenie w naszej tragicznej historycznej sztafecie było w pewnym momencie przepuszczane przez maszynkę do mielenia mięsa. Trzeba było ciągle walczyć o te kilka ładnych, świętych pojęć. I trzeba było płacić cenę krwi, a nawet życia. Takie były po prostu polskie losy.
Stan wojenny był ostatnim akordem tej smutnej i pięknej symfonii. Trudno powiedzieć, że ją współtworzyłem, ale przynajmniej słyszałem z bardzo bliska. Jako zupełnie nieznaczący statysta uczestniczyłem w tym, co Polacy zwykli uważać za Historię. Bo jak wiadomo, po roku 1989 roku Historia się skończyła. Nie tak, jak rozumiał to Fukuyama, ale tak jak rozumieliśmy to my. Zrywów, walki, powstań, konspiracji, bibuły i buntów już chyba (odpukać) nie będzie. I dlatego właśnie ze stanem wojennym czuję się bardziej spełniony jako Polak, niż gdybym go nie doświadczył.
Ludzie i Obcy
Trochę paradoksalne. Coś bardzo antypolskiego wzmacnia polskość. Jeszcze większym paradoksem jest to, że dla autorów stanu wojennego, a właściwie szerzej – komunistów, zachowałem tylko zimną nienawiść, choć to im zawdzięczam patriotyczne uniesienie. Stan wojenny – zdaję sobie z tego sprawę – czyni mnie człowiekiem anachronicznym. Chociaż upłynęło tak wiele lat, nadal jest dla mnie istotnym punktem odniesienia.
To efekt tego dziecinno-baśniowego spojrzenia na początek lat 80. „Solidarność” była dla mnie Dobrem. Zresztą rzeczywiście, była jednym z najpiękniejszych i najwspanialszych zjawisk, jakie wydarzyły się w dziejach naszego kraju. Stan wojenny to Zło, które postanowiło zniszczyć wszystko co ładne i jasne. Sytuacja jak z „Władcy Pierścieni”.
Do tej dziecięcej wizji z czasem dołączyła wiedza o najnowszej historii Polski. I niestety nie mogę się uwolnić od zupełnie nienowoczesnego zwyczaju oceniania ludzi podług tego, po której stronie wtedy stali. Pewnie dlatego to takie ważne, że wybór był wtedy najprostszy z możliwych, zerojedynkowy, pozbawiony odcieni, niuansów i komplikacji. Albo było się za „Solidarnością”, czyli Dobrem. Albo za Jaruzelskim, czyli Złem. Albo, albo. Ot, taka chwila prawdy, która nie zdarza się zbyt czsto. W pewnym sensie stan wojenny był jak laboratoryjne doświadczenie mające pokazać najprawdziwszą naturę ludzi, którzy wówczas żyli i działali.
Efekt jest taki, że wobec ludzi, których zamykano wtedy w więzieniach, stosuje taryfę ulgową. Czy Michnik, czy Niesiołowski, czy Frasyniuk, czy Kaczyński, czy Labuda, czy Piłka – dla mnie wszyscy są godni szacunku, jak bardzo nie rozumiałbym tego, co robią teraz, czy robili niedawno. I na odwrót – ci, którzy wprowadzali stan wojenny, lansowali go w „Polityce”, zasiadali w komunistycznych Sejmach lat 80. to Obcy. Stwory z innej planety, czyli w gruncie rzeczy nieludzie. Niezależnie od tego, czy dalej piszą do „Polityki”, czy działają w SLD, czy recytują patriotyczne dyrdymały w Telewizji Trwam. Mogę nawet ich lubić, bo czyż kosmici nie bywają sympatyczni?
Pogarda dla przeszłości
Oczywiście, wiem, że to wizja uproszczona. Że ludzie się zmieniają i jedna decyzja – choćby w najbardziej kluczowej sprawie – nie określa człowieka na resztę jego dni. Że każdy może się pomylić. Albo zmienić na lepsze. Dlatego świadomie spycham tę wizję gdzieś w głąb siebie, by historyczne odurzenie nie przeszkadzało mi w trzeźwej ocenie teraźniejszości i kalkulacjach na przyszłość. Ale to nie zawsze się udaje. Stan wojenny wybija jak szambo i oblepia smrodem swych hetmanów i ich czeladź nawet wtedy, gdy wybierają przyszłość. Bo gdyby nie oni, ta przyszłość byłaby teraz znacznie bliżej.
Szczerze mówiąc, nic mnie tak nie wkurza, jak dawni komunistyczni aparatczycy, którzy teraz pouczają, żeby nie babrać się w przeszłości, nie taplać się w błocie archiwów, nie toczyć jałowych historycznych sporów, nie oglądać wstecz, lecz kroczyć naprzód i podejmować wyzwania przyszłości. Historia – dowodzą – nie tworzy bowiem perspektyw i dlatego Polacy emigrują. Nie zajmujmy się tym, co było. Pięknie w swym wyborczym haśle „Wybierzmy przyszłość” streścił tę filozofię w 1995 roku Aleksander Kwaśniewski. Ale ta troska o przyszłość i wzgarda dla przeszłości bije od każdego polityka postkomunistycznej lewicy. To swoiste motto postkomunizmu.
Ta cyniczna amnezja budzi we mnie gniew nawet nie z powodu ofiar stanu wojennego. Bliższy jest mi całkowicie bezkrwawy przykład mojej mamy. Ona to miała perspektywy. Jej koleżanki musiały wyjeżdżać z Polski w roku 1968, ale także uciekały na Zachód właśnie po stanie wojennym. Przez ten czas zjeździły kawał świata, pokupowały domy i wklepywały w starzejącą się skórę kremy, które w Warszawie można było oglądać w Peweksie. Moja mama zaś trawiła życie w kolejkach po cukier, polowała na kiełbasę oraz zastawiała sidła na papier toaletowy. Mam o tym zapomnieć? Niedoczekanie. Zawsze będę wam to pamiętał.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|