Donald Tusk przyjmował różnego rodzaju użyteczne w kampanii wyborczej rzeczy, jak na przykład samochody od biznesmenów – to wiedzieli wszyscy w KLD, to nie jest żadna tajemnica – mówił Piskorski.

– Nic mi nie wiadomo natomiast o tym, by premier Tusk przyjmował jakieś środki prywatnie, to jest nadinterpretacja – dodał polityk.

W swojej książce "Między nami liberałami" Piskorski opisuje m.in. dziwne zachowanie obecnego premiera w kampanii do Sejmu w 1991 r.: -  Potrafił zapaść się pod ziemię tak, że w kluczowych momentach był nieosiągalny. To jest czas, w którym Donald przechodził dużą ewolucję. Ma nowy dom, nagle zaczyna jeździć bardzo dobrymi samochodami, które pożyczał od różnych biznesmenów – naszych zwolenników. […] Gdy zaczęło się mówić, że samochody są od Stajszczaków czy Rzeźniczaka, to mi te nazwiska nic nie mówiły. Potem okazywało się, że Donald musi je szybko oddawać, bo zaczynają się jakieś kłopoty. […] Gdy nasz członek, nawet członek władz, Andrzej Gocman z Krakowa, pożyczał samochód Donaldowi, to równolegle starał się o prywatyzację na swoją rzecz Krakchemii przez Janusza Lewandowskiego”

O kulisach finansowania zakładanego przez Tuska KLD napisał na podstawie rozmów z Piskorskim tygodnik "Wprost". Jeden z informatorów pisma twierdzi, że CDU, które było wtedy przy władzy w Niemczech, szukało w krajach postkomunistycznych partnerów do współpracy. 

-Unia Demokratyczna, w której byli Kuroń czy Geremek, wydawała im się zbyt lewicowa, prezydent Wałęsa z kolei nieobliczalny. Podobnie oceniali braci Kaczyńskich, którzy wtedy zaczęli budować Porozumienie Centrum. Postkomuniści oczywiście nie wchodzili w grę. Odpowiedni wydawał się Kongres. CDU bezzwrotnie darowało KLD kilkaset tysięcy marek. To były pieniądze w gotówce, które działacze KLD wymieniali w kantorach na złotówki w Warszawie. Pieniądze poszły na budowanie partii w 1991 r. - cytuje "Wprost". 

Ale pieniądze na budowę struktur w Niemczech miały pochodzić nie tylko z Niemiec. Piskorski twierdzi, że głównym sponsorem partii kierowanej przez obecnego premiera był wtedy biznesmen Wiktor Kubiak. To on wynajął biuro dla KLD w centrum Warszawy, w hotelu Marriott, który był na początku lat 90. synonimem luksusu.

Kubiak miał gigantyczne pieniądze. Transfer tych pieniędzy polegał na tym, że dostarczał stosy banknotów w jakichś poszarpanych reklamówkach. Sceny jak z filmu – opowiada Piskorski o kulisach finansowania partii.

Na zarzuty Piskorskiego odpowiedział Andrzej Halicki były rzecznik Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Uważa, że były prezydent Warszawy nie wie, o czym mówi, bo nie należał do KLD od samego początku. Czytaj więcej>>>>