Jacek Kurski wskazał, że Radosław Sikorski nie odbył deklarowanych podróży samochodem prywatnym i mógł w związku z tym niezasadnie pobrać z Kancelarii Sejmu środki w kwocie 80 tys zł - wynika z dokumentów śledztwa w sprawie kilometrówek byłego marszałka Sejmu - pisze "Fakt". Z akt wynika, że były polityk PiS próbował udowodnić, że Sikorski nie mógł w tym czasie wykorzystać wskazanej kwoty 26 500 zł ryczałtu na przejazdy samochodem prywatnym, gdyż z racji pełnionej funkcji od poniedziałku do piątku musiał pracować w MSZ, do tego był to rok wyborczy, więc nie mógł od lipca do października 2011 rozliczać kilometrówek.

Kurski tak starł się dopiec byłemu szefowi MSZ, że nawet przedstawił śledczym kalendarz spotkań, który sam przygotował na podstawie stron internetowych www.msz.gov.pl, www.radeksikorski.pl, kalendarza posiedzeń Sejmu, w których uczestniczył Sikorski i zestawienia dni wolnych od pracy w 2011 r. W oparciu o te dane Kurski przedstawił szczegółowe, matematyczne wyliczenia, które w jego ocenie wskazują, iż przejechanie przez Radosława Sikorskiego prywatnym samochodem 32 000 km w roku 2011 było niemożliwe - czytamy w dokumentach, do których dotarł "Fakt".

Co na to sam polityk PiS? Twierdzi, że donosu nie napisał. Po prostu Bartosz Kownacki, który składał doniesienie podpowiedział mi, żebym zgłosił się do prokuratury. Chwyciłem za telefon, potem śledczy oddzwonili i poszedłem zeznawać - tłumaczy.