"Zastanawiałem się, czy wierzę w anioły, duchy, inne tego typu istoty, egzorcyzmy i widzialną Bożą interwencję. Pamiętam, jak ksiądz tłumaczył mi, że słów, które padają w Biblii na temat tych fenomenów, nie można brać dosłownie, że historia dowodzi, iż to tylko metafory. Jako debiutujący na łonie Kościoła wziąłem słowa duchownego za pewnik i nie zadawałem już więcej takich pytań. Ale na własne oczy widziałem, jak Susan poddaje się sile krucyfiksu. Najpierw w szatańskim szale bluźniła, lecz kiedy wszyscy pochyliliśmy się w modlitwie, moją przyjaciółkę opuściły złe moce i Chrystus zwyciężył w walce o jej duszę. Wkrótce się okazało, że rak, który toczył jej ciało, całkowicie ustąpił".

Tak 20-letni Bobby Jindal, syn hinduskich imigrantów i absolwent prestiżowego college'u, przeżył religijne uniesienie. Zaledwie kilka lat wcześniej porzucił wiarę przodków z Pundżabu w wielobóstwo i został katolikiem. Na tyle gorliwym, by dziś zaimponować born-again christians, czyli żarliwym w swej wierze protestantom z kościołów ewangelikalnych. Ich głosy to podstawa, by myśleć o karierze w Partii Republikańskiej. A Jindal także republikaninem jest z gorącej wiary. Reprezentuje najtwardsze skrzydło tego stronnictwa.

Ultrakonserwatywny Hindus z Luizjany

Ten wschodzący gwiazdor amerykańskiej prawicy przyszedł na świat w 1971 r. w Baton Rouge, stolicy biednego i konserwatywnego stanu Luizjana. Jego rodzice - Amar i Radżi Jindal - przyjechali do Ameryki kilka miesięcy wcześniej. Ich syn dostał na imię Piyush. Dlaczego dziś przedstawia się jako Bobby? Bo jako czterolatek zakochał się w głupawym, lecz w prowincjonalnej Ameryce kultowym serialu "The Brady Bunch". Największe wrażenie zrobił na nim Bobby Brady i Piyush szybko przyswoił sobie jego imię.

Po szczeblach akademickiej i zawodowej kariery piął się bardzo szybko. Jako piątkowy uczeń miał do wyboru prawo i medycynę, ale wybrał nauki polityczne na uniwersytecie w Oksfordzie. Do Anglii pojechał ze stypendium Rhodesa. Po studiach krótko pracował w firmie konsultingowej, by w wieku 24 lat stanąć na czele stanowego Departamentu Zdrowia i Szpitali w Luizjanie. "W tak młodym wieku, szczególnie w Stanach, gdzie dzieciństwo wydłuża się do lat studenckich, myśli się o wakacjach, dorywczej pracy, stażach, to nietypowe. On już wtedy myślał o polityce" - uważa Alex Spillius, amerykanista "The Telegraph".

Jako 30-latek pojechał do Waszyngtonu. Ściągnął go prezydent George W. Bush. Jindal został zastępcą sekretarza zdrowia. Jednak szybko wrócił do Luizjany. Chciał walczyć o najwyższy urząd w stanie. "Nasza lokalna polityka jest dość skomplikowana. Nowy Orlean to bastion Demokratów. Reszta stanu jest ultrarepublikańska. Języczek wagi przesunął się w latach 90. na republikańską stronę, ale Demokraci w dalszym ciągu obsadzają wiele kluczowych urzędów, do stolicy wysyłają popularną senator Mary Landrieu. Republikanin, ze względu na kolor skóry dość nietypowy, nie miał zwycięstwa w garści" - mówi Milton Bienvenue, biznesmen z Nowego Orleanu i działacz lokalnej komórki Demokratów.

Pierwsze wyborcze podejście, w 2003 r., skończyło się klapą. Jindal przegrał ze starszą o trzy dekady demokratką Kathleen Blanco. Obserwatorzy tego wyścigu byli zdania, że wśród mieszkańców Luizjany zwyciężył rasizm. "Ludzie nie chcieli widzieć w pałacu gubernatorskim, w stanie będącym w końcu jądrem dawnej Konfederacji, potomka hinduskich imigrantów" - uważa Betty Jane Cleckley, socjolożka ze stanowego uniwersytetu w Wirginii Zachodniej. Ale niebawem - podobnie jak w przypadku Obamy - teorie, że reprezentant mniejszości etnicznej nie jest w stanie wygrać wyborów w pełnej bigotów Ameryce, okazały się nieprawdą. Już rok później Bobby Jindal został wybrany sporą większością do Izby Reprezentantów i znów wyjechał do Waszyngtonu.

To stanowisko stało się świetnym zapleczem w drugiej kampanii o urząd gubernatora. W 2007 r. Kathleen Blanco (jak większość polityków stanowych) była skompromitowana nieudolną akcją ratunkową po huraganie Katrina. Sondaże nie dawały jej minimalnych szans na reelekcję. "Jindal ruszył do walki. Szansą Demokratów było tylko przedstawienie go jako nudnego, nieczułego biurokraty" - przypomina Sharon Ridgeway z Uniwersytetu Luizjany. W stacjach telewizyjnych w całym stanie pokazano perfidną reklamówkę, której narratorem była kobieta w średnim wieku. "Mój niepełnosprawny na umyśle brat został wyrzucony z zakładu opiekuńczego w ramach oszczędności" - twierdziła. Owa niegodziwość miała się zdarzyć w czasach, gdy na czele stanowego Departamentu Zdrowia stał syn hinduskich imigrantów. "Bobby Jindal wyrzucił mojego ciężko chorego brata na bruk" - dodawała kobieta.

Ale oprócz tej reklamówki Demokraci nie mieli pomysłu (ani kandydata) na kampanię i Jindal zmiażdżył wianuszek rywali, zdobywając więcej głosów niż pozostali razem wzięci. Najmłodszy, pierwszy hinduskiego pochodzenia i pierwszy niebiały od czasów Rekonstrukcji na Południu gubernator objął władzę w Luizjanie. I od razu miękko wylądował, bo ustrzegł się błędów swojej poprzedniczki. "Nie przepadam ani za Jindalem, ani za jego filozofią polityczną, ale w czasie huraganu Gustav, który uderzył w wybrzeże Luizjany we wrześniu 2008 r., spisał się na medal. Ewakuację przeprowadzono błyskawicznie i Nowy Orlean był puściutki przed nadejściem kataklizmu" - uważa Milton Bienvenue.

Talenty menedżerskie i przebojowość spowodowały, że nazwisko gubernatora Luizjany zaczęło krążyć po stołecznych salonach. O tym, że jego potencjał można wykorzystać, pierwszy pomyślał John McCain. Nazwisko Bobby'ego Jindala było wysoko na liście republikańskich kandydatów do wiceprezydentury. 72-letni senator z Arizony myślał zapewne, że obecność 37-letniego polityka o hinduskich korzeniach pomoże mu odświeżyć oblicze. Ostatecznie jego wybór padł jednak na niewiele starszą gubernator Alaski Sarah Palin.

Biały anglosaski protestant odchodzi do lamusa

Dziś, po przegranych przez republikański tandem wyborach prezydenckich, nazwisko Jindala wraca w waszyngtońskich dyskusjach. "On ma z Sarah Palin więcej wspólnego niż wigor i wiek. Oboje mają ultrakonserwatywne poglądy, aborcję chcą zwalczać ogniem i mieczem, atakują gejów, urządzają krucjatę przeciwko badaniom nad komórkami macierzystymi" - uważa Jeff Young, komentator bostońskiego radia publicznego. Ale w przeciwieństwie do gubernator Alaski Jindal nie jest ignorantem w sprawach międzynarodowych (jako wyśmienicie wykształcony stypendysta Rhodesa) i nie ma manier operowej diwy.

"Po tej szalonej kampanii wyborczej Ameryka się zmieniła i zdaje się, że już nigdy nie wróci do tradycyjnego wzorca polityka. Dominacja WASP-ów, białych anglosaskich protestantów, to przeszłość. Republikanie też muszą szukać gdzie indziej" - twierdzi John C. Hulsman, politolog i komentator telewizji CNN. Wydaje się, że działacze GOP szybko odrobili lekcję, bo na faworytów do ich następnej prezydenckiej nominacji wyrastają Jindal, Palin, mormon John Huntsman i ortodoksyjny Żyd reprezentujący Wirginię w kongresie Eric Cantor. Wśród nich gubernator Luizjany, przynajmniej dziś, wiedzie prym. "To jemu trzeba przekazać pochodnię. Bobby Jindal to republikańska wersja Barack Obamy" - dodaje Jeff Young.