Ciężar antykryzysowego planu spocząłby na barkach urzędników, pielęgniarek, policjantów i żołnierzy. To armia 350 tys. osób, które musiałyby miesięcznie oddawać od 3 do 9 proc. swoich zarobków do państwowego budżetu. Oznaczałoby to pozbawienie ich od 1500 do 2800 euro rocznie.

Organizatorzy demonstracji, którzy wyprowadzili 100 tys. osób na ulice półmilionowego miasta, mówią, że to nie pracownicy ponoszą winę za kryzys gospodarczy i nie ma powodu, żeby za niego płacili. Uczestnicy protestu nie ukrywali swojej wściekłości wobec poczynań rządu.

"Mam hipotekę do spłacenia, wydaję pieniądze na szkołę dla dzieci, a ci mi mówią, że muszą mi znowu obciąć wypłatę. I to pewnie nie po raz ostatni" - mówił jeden z maszerujących. "Robi mi się niedobrze, jak patrzę, jak ten rząd się zachowuje i co robi dla kraju" - dodał.

Na razie jednak premier Cowen pozostaje nieugięty. W specjalnie wydanym oświadczeniu szef rządu stwierdził, że podatek to rozsądne wyjście, mimo że "dla niektórych może być bolesne". W każdym razie "odzwierciedla rzeczywistość, w jakiej znalazł się kraj".

Irlandia, odczuwa skutki kryzysu silniej niż wiele innych państw Unii Europejskiej. W kraju, który do niedawna był synonimem dynamicznego rozwoju gospodarczego, w styczniu liczba ludzi bez pracy wzrosła do 326 tys. To najwięcej od 1967 roku, kiedy zaczęto liczyć bezrobotnych na Zielonej Wyspie.