Lądowisko dzieli od miasta wadi – sucha dolina, którą w porze deszczowej wypełnia potok. Dalej szeroka, piaszczysta ulica, dwa większe budynki – prefektura i dom prefekta. Wokół morze lepianek. Iriba we wschodnim Czadzie to największe miasto zapomnianego przez Boga i ludzi departamentu Kobe. W porze suchej króluje w nim wszędobylski pył, kiedy pada deszcz – błoto odcina ją od świata. Pracownicy organizacji humanitarnych narzekają, że silny nurt sezonowych rozlewisk przewraca nawet samochody. Oto nasz kawałek Afryki. Lekki sprzęt i ludzie wracają samolotami, samochody i rosomaki jadą przez Saharę do Benghazi nad Morzem Śródziemnym. Dalej statkami. Najwcześniej w lutym dobiją do portów w Polsce.

Opuszczamy Afrykę, podobnie jak Syrię i Liban, by skoncentrować siły w Afganistanie. Na wiosnę zacznie się tam decydująca faza wojny. Ministerstwo Obrony Narodowej dało armii czas do 2011 roku, by opanowała prowincję Ghazni.

Na skraju piekła

Poszło, jak to w Afryce, o pastwiska, bydło i kobiety. Siedem lat temu arabskojęzyczne plemiona sudańskie zapragnęły odebrać owe dobra ludom Darfuru – głównie Fur i Zagawa. Te zorganizowały zbrojny opór, a przy okazji zbuntowały się przeciw centralnym władzom w Chartumie, które wspierały napastników. W odwecie Darfur bombardowały rządowe szturmowce, do walki ruszyło regularne wojsko. Największe spustoszenia poczyniła jednak cudowna broń reżimu – arabscy jeźdźcy, zwani dżandżawidami.

Zawoje, turbany, czarna skóra. Z wyglądu nie różnili się od naszych sojuszników z Iriby. Nie krępowały ich ani prawo, ani zwyczaj, ani religia. Z taką samą obojętnością mordowali muzułmanów, swoich braci w wierze. Brali, co zdołali zdobyć (kobiety, wielbłądy), mężczyzn zabijali. Czego nie można było wywieźć, palili. Kiedy na świecie podniosła się krytyka, rząd mógł się ich wyprzeć: to nie nasi żołnierze.


Ledwie 12 kilometrów od polskiej bazy w Iribie żyje w obozie kilkanaście tysięcy ludzi, którzy umknęli spod noży dżandżawidów. To część liczącej ćwierć miliona osób fali uchodźców, jaka w ucieczce przed walkami rozlała się po wschodnich prowincjach Czadu, jednego z najbiedniejszych państwa świata. Wojna szła krok za nimi.

Sudan oskarżył władze Czadu o wspieranie rebelii w Darfurze. Nie bez racji. Oba kraje znalazły się w stanie wojny. W 2006 roku kolumna rebeliantów wdarła się do Ndżameny, zdobyła budynek zgromadzenia narodowego, ale została wyparta. Dwa lata później ponownie 300 toyot land cruiser wyładowanych bojownikami, kałasznikowami i ręcznymi wyrzutniami rakiet ruszyło z Sudanu w kierunku stolicy Czadu. Bez walki przedarły się przez półpustynię dzielącą żyzne połacie kraju od granicy sudańskiej i wtargnęły do miasta. Powstrzymała je dopiero zaciekła obrona pałacu prezydenckiego w samym centrum. W jego okolicach straszą ślady po kulach. Pomogli też Francuzi, którzy nie włączyli się wprawdzie do walk, ale wysłali samoloty nad siły rebelianckie.

Czad postanowił odpowiedzieć. W maju 2008 roku kolumna sudańskich rebeliantów sponsorowanych przez Ndżamenę o mało nie wjechała do stolicy Sudanu, została powstrzymana na przedmieściach. W tym czasie pierwsi polscy żołnierze zaczęli budować w Iribie swoją bazę. Choć wcale nie było to naszym celem, osłoniliśmy rząd przed kolejnym rajdem. We wrześniu do Iriby przybyły nasze główne siły, w sumie ponad 300 żołnierzy. Przez 15 miesięcy prowadziliśmy własną politykę afrykańską. Działacze przedwojennej polskiej Ligi Morskiej i Kolonialnej byliby zachwyceni.


Ryk nad Ndżameną

Lotnisko w Ndżamenie nie przypomina ruchliwych terminali w Europie. Parterowy budynek dla podróżnych, jeden pas startowy. Cisza. Rzadko lądują tu samoloty. Na czadyjskim niebie panuje Francja. Ma tu nie tylko myśliwce Mirage, ale też transportowe transalle i śmigłowce Puma. W Abeche na wschodzie lotnisko należy tylko do Francuzów – to główna baza helikopterów bojowych. Niektóre stoją na płycie, inne są naprawiane w blaszanej hali. Strzegą ich żołnierze w opiętych krótkich spodenkach, przy piersi krótkie automaty Famas. Mundury i broń, jak w legii cudzoziemskiej, to jednak nie legioniści. Są też kobiety, szczupłe, włosy spięte w kitki. Noszą wprawdzie długie spodnie, ale i tak krój munduru wystarczająco podkreśla ich kształty. – Kawy? – pyta Francois, gdy czekamy na zatankowanie transalla. Zaprasza do przytulnego, klimatyzowanego kantorku. Jest znakomita, z ekspresu. W bazie Europa, w samej Ndżamenie, podadzą nam ser pleśniowy i świeże bagietki. Jak walczyć, to tylko u boku Francuzów. Nawet w warunkach bojowych nie rezygnują z drobnych przyjemności.

Polskie jednostki stały się w Czadzie częścią francuskiej machiny wojennej. Paryż nie chciał sam rozwiązywać problemów byłej kolonii, przekonał więc Unię Europejską, by wysłała tam swoje oddziały. Polacy odpowiedzieli z entuzjazmem. Naszą tarczą prawną była rezolucja 1778 Rady Bezpieczeństwa ONZ z września 2007 roku ustanawiająca misje Narodów Zjednoczonych w Czadzie oraz Republice Środkowej Afryki i upoważniająca Unię Europejską do wysłania wojsk w jej obronie. Tak powstał EUFOR, ramię zbrojne Europy w Afryce. – Zależy nam na dobrych stosunkach z Francją, również wojskowych – tłumaczył wówczas minister obrony narodowej Bogdan Klich. Paryż docenił ten gest. Dziś z Warszawą, Londynem i Berlinem myśli o budowie wspólnej europejskiej armii. Jeśli plan się powiedzie, nie raz jeszcze polscy żołnierze w unijnych barwach będą z bronią w ręku zwiedzać egzotyczne kraje.

Mandat Unii dobiegł końca, Polaków wynajęła jednak ONZ, która przejęła od UE misję w Czadzie. Narody Zjednoczone zapłaciły nam za stacjonowanie żołnierzy, odkupiły zbudowaną przez nas bazę, a nawet opłaciły transport większości sprzętu do Polski.


Pan sułtan i inni

Kawaleria ludu Zagawa nie jest folklorystyczną ciekawostką, to realna siła bojowa. Na wschodzie rządowi prefekci nie mają władzy, oni tylko reprezentują Ndżamenę, rządzą przywódcy plemienni. Sułtan ludu Zagawa Hagar Abderahman ma do dyspozycji co najmniej trzy tysiące wojowników i tyle samo karabinów.

Kiedy kroczy przy boku prefekta, promieniuje dostojeństwem i władzą. W ręku telefon komórkowy, nieopodal kilku ochroniarzy. Otacza go dyskretny szacunek, nawet polski minister obrony adresuje swoje mowy nie tylko do prefekta, ale też plemiennego władcy, zwracając się do Hagara per panie sułtanie. Skądinąd warto popracować nad etykietą kontaktów z lokalnymi wodzami. Przyda się na przyszłość. ȁE;Wasza wysokośćȁD; byłoby przesadą, ȁE;ekscelencjaȁD; przynależy do innych zaszczytów, ȁE;panie sułtanieȁD; brzmi pretensjonalnie.

Jeźdźcy Haggara, którzy w grudniu towarzyszyli naszemu konwojowi, nie byli uzbrojeni, kałasznikowy zostawili w domu. W czerwcu 2008 roku jednak, zanim jeszcze Polacy na dobre rozgościli się w Iribie, konwój osłaniany przez irlandzkie transportery minął pick-up z piętnastoma uzbrojonymi po zęby bojownikami. Pasy z amunicją na piersi, zasłonięte chustami twarze. Irlandczycy przeładowali broń, ale tajemniczy tubylcy minęli nas obojętnie. To też byli jeźdźcy plemienia Zagawa. Nie zawsze bowiem koń i wielbłąd są ich wierzchowcem, na dłuższe dystanse wolą terenowe toyoty. I nie zawsze sprzyjają rządowi.

Reżim prezydenta Czadu Idrissa Deby opiera się na Zagawa, z których sam się wywodzi. Członkowie tego plemienia dominują w policji i armii, choć stanowią dwa procent populacji kraju. Nie inaczej jest u rebeliantów. To w większości także Zagawa. Mało tego, wielu liderów zbrojnej opozycji wywodzi się z klanu, a nawet bliskiej rodziny prezydenta. Czadyjski konflikt ma bardziej cechy porachunków wewnątrzplemiennych niż wojny domowej. – Tylko raz, jeszcze w początkach bazy w Iribie, musieli ogłosić alarm i wprowadzić zaciemnienie. Wokół obozu zaczęły krążyć wozy terenowe z uzbrojonymi ludźmi. Okazało się jednak, że to nie rebelianci, ale zbiry wynajęte przez budowniczego studni, który był niezadowolony z kontraktu – mówi polski kapitan.


Wszystkie troski prezydenta

Prezydent Deby patrzy na swoich poddanych z murów w Ndżamenie, ścian urzędu w Iribie, lotniskowej hali. Niewielki w rozmiarach 30 na 60 centymetrów albo ogromny o wielometrowej powierzchni. Przeważnie nosi mundur, nie uśmiecha się.

Lotnisko w Ndżamenie, czerwiec 2008. Czekamy na pozwolenie startu, nagle na płytę wybiegają rośli żołnierze w czerwonych beretach – tak nosi się gwardia prezydenta. To oni kilka miesięcy wcześniej odparli rebeliantów u bram pałacu, Deby ufa tylko im. Obstawiają lotnisko. Czekamy.

Po kilkunastu minutach podjeżdżają dwa białe hummery i limuzyna. Na ułamek chwili miga niska sylwetka w mundurze. To Deby. Gdyby czaił się na niego snajper, nie miałby szans na celny strzał, prezydent tylko przez sekundy był odsłonięty. Do podstawionego mu samolotu kroczył wprawdzie po czerwonym dywaniku, ale ukryty między hummerami jadącymi obok niego. Afrykański kacyk lękający się śmierci? Jakże inny od sułtana Hagara, opanowanego arystokraty, poruszającego się powoli, z dostojeństwem. Prezydent nie ma już jeźdźców, tradycji, plemienia. To syn ubogiego pasterza, który zrobił karierę dzięki armii. Rządzi od 19 lat, kiedy jako szef sztabu zdradził i obalił swojego zwierzchnika.

Od tego czasu nie zmienił w Czadzie nic. Poza granicami stolicy elektryczność jest niemal nieznanym luksusem. Kiedy leci się nocą nad krajem, w dole – nawet na terenach zaludnionych – nie widać żadnych świateł. Nie powstał ani jeden nowy kilometr bitej drogi, a kraj nadal znajduje się na samym końcu listy państw pod względem dochodów ludności i korupcji.

Nie pomogło nawet odkrycie złóż ropy na południu, pieniądze z jej sprzedaży idą bowiem na armię. Kiedy Deby nakazał przegląd kadr, okazało się, że jego wojsko liczy niemal o połowę mniej ludzi, niż wykazują spisy. Generałowie okłamywali go, kradnąc pieniądze na brakujących żołnierzy. Czemu mieliby zachowywać się inaczej, skoro sam prezydent nie potrafi rozliczyć się z milionów dolarów.


W nocy lepiej nie zapuszczać się na ulice Ndżameny, po zmroku miastem rządzą żołnierze. Należy do nich wszystko, co zechcą ci zabrać, opór jest daremny. Grabią zresztą nie tylko nocą. W dzień postrzelili żonę ambasadora USA. Popsuł się jej samochód i stanęła na ulicy w okolicach pałacu prezydenckiego, nie uznali za stosowne sprawdzić, co się stało. Polski żołnierz w cywilnym ubraniu, który zwiedzał Ndżamenę, został obrabowany przez wojskowych z aparatu fotograficznego i pieniędzy.

Mundurowi sami uznają, co cudzoziemcowi wolno, a czego nie, nie krępują ich żadne przepisy. Wszystko może być pretekstem do rabunku. Fotografujemy odrapaną ścianę, a raczej dzieci na jej tle. Nagle wrzask nad głowami. Żołnierze. Uznali najwyraźniej budę za obiekt strategiczny. Zanim zdążyli wyskoczyć zza muru, już nas nie było. Wojsko i banda to w Czadzie synonimy.

Pozostaną studnie

Przywódcy rebeliantów oskarżyli Francję, a potem Unię Europejską, że stanęła w konflikcie po stronie prezydenta. Ostrzegli nawet, że będą atakować UE, na szczęście nie spełnili gróźb. Zgodnie z mandatem ochranialiśmy wprawdzie obozy uchodźców i pracowników ONZ, ale przy okazji zasłanialiśmy pancerzami naszych rosomaków skorumpowany reżim i jego przestępczą armię. Efekt uboczny szlachetnych intencji. Od pojawiania się sił UE nie było żadnego poważniejszego rajdu rebeliantów w głąb Czadu, w naszej strefie nie musieliśmy ani razu użyć broni. Polscy dowódcy powinni dostać od Deby’ego medale, zasłużyli się bowiem dla przedłużenia jego panowania.

Nie tylko on ma powody do zadowolenia. Najwięcej skorzystali na naszej obecności Zagawa, wojowniczy lud jeźdźców, który jest trzonem jednej armii państwowej i dwóch rebelianckich – w Czadzie i Sudanie. Polacy wyremontowali im szkołę w Iribie, zbudowali kilka studni, pomogli sułtanowi rozwinąć projekt rolniczy, przegonili bandy rabunkowe. Nie bez przyczyny sułtan Hagar dziękował żołnierzom na pożegnalnym spotkaniu. – Zapewniliście nam bezpieczeństwo, nie zapomnimy tego – mówił. Operacja stabilizacyjna jak każdy kij ma dwa końce. O Debym i jego zbirach lepiej zapomnieć.