Do niedawna na temat udziału Norwegów w pacyfikacji Powstania Warszawskiego tylko spekulowano. Ale najnowsza książka norweskiego historyka Eirik Veuma, zatytułowana "Ci, ktorzy upadli" rozwiewa wszelkie wątpliwości.

Veum już wywołał burzę w Norwegii. O jego publikacji piszą główne dzienniki, ilustrując teksty zdjęciami z Powstania Warszawskiego. Ostatnio bowiem, kiedy mówiono o II wojnie światowej przypominano pozytywne zachowania Norwegów. Ale Veum poruszył ciemną stronę tamtych czasów. Pokazał losy 836 Norwegów, którzy walczyli na froncie w nazistowskim mundurze.

Około dwudziestu z nich najprawdopodobniej walczyło w Powstaniu Warszawskim. Tylu bowiem Norwegów było w oddziale SS Roentgensturmbann, który skierowano do walk w stolicy. Usłyszeli więc rozkaz, by "zabić każdego, kto stanie im na drodze, bez względu na to, czy chodzi o dziecko, zakonnicę, czy inwalidę wojennego".

Na pewno w Warszawie walczyło czterech Norwegów. Trzech zginęło od kul powstańców. To 17-latek z Oslo, 18-latek z Lier i 19-latek z Oslo. Co najmniej jeden z nich trafił do zbiorowej mogiły, gdzieś w gruzach stolicy. Inny 25-latek przeżył Powstanie i zginął potem na Węgrzech.

Ale norwescy żołnierze mogą mieć też na sumieniu najbardziej przerażające zbrodnie w Powstaniu. Veum udowadnia, że czterech jego rodaków walczyło w formacji SS Oskara Dirlewangera. Słynęła ona z wyjątkowego barbarzyństwa. Przerażeni byli nim nawet dowódcy SS, ale za zbrodnie i gwałty w Warszawie Dirlewanger otrzymał wysokie odznaczenia.

Czy Norwegowie pod jego rozkazami walczyli też w stolicy Polski, nie wiadomo. Veum nie był w stanie dotrzeć do informacji, które to jednoznacznie potwierdzą.