Ja go sam zlinczuję. Mam dziecko, a jedną z jego ofiar był kolega mojego brata. Chodzili z tym chłopaczkiem do klasy - mówi wzburzony mężczyzna po trzydziestce, gdy pytamy go o Trynkiewicza. Tragedia wydarzyła się w lipcu 1988 r., kiedy zbrodniarz w swoim mieszkaniu w Piotrkowie w ciągu miesiąca wykorzystał seksualnie i zabił czterech nastoletnich chłopców. To wydarzenie wstrząsnęło miastem. W 1989 r. Mariusz Trynkiewicz został skazany na czterokrotną karę śmierci, ale w wyniku amnestii zmieniono ją na 25 lat więzienia. Istnieje możliwość, że morderca wyjdzie na wolność 11 lutego.

CZYTAJ WIĘCEJ: Mistrz manipulacji, wyrachowany zbrodniarz, IQ 121. Kim jest Mariusz Trynkiewicz? >>>

Mieszkałam z nim w jednej klatce. Normalny taki, mówił "dzień dobry", ale nigdy nie patrzył w oczy - wspomina starsza pani, która w latach 80. była jego sąsiadką. - Po tej zbrodni jego matka szybko się wyprowadziła, a w tym mieszkaniu zamieszkało młode małżeństwo. Jeszcze przez długi czas ludzie pluli na ich drzwi - dodaje. Przy ulicy Działkowej, gdzie mieszkał morderca, stoją czteropiętrowe bloki z lat 50. i 60. Niektóre odnowione, inne nie, przed nimi rozjeżdżone przez samochody trawniki. Osiedle, jakich wiele w wielu polskich miastach, tylko w kioskach tematy rozmów nieco inne. - Ponoć ma już przygotowany dom gdzieś w Polsce. W telewizji słyszałam. Jakby tu przyszedł, to by go rozdrapali, dla takich jak on kara śmierci - mówi zdecydowanie klientka, która przyszła oddać dwa złote, bo dzień wcześniej nie miała drobnych.

Bardziej niż chęć linczu, jest chyba irytacja, że przez tyle lat politycy nic nie zrobili, nie rozwiązali tego problemu - wskazuje z kolei przedsiębiorca prowadzący punkt pocztowy. - Piotrków stał się znany z morderców - mówi zrezygnowany, ale nie wszyscy się z nim zgadzają. - Jak wyjdzie, to go ludzie zaj…ą - mówi bez ogródek kucharz pracujący w barze w centrum miasta. - Ale to wszystko rozkręcili dziennikarze. Gdyby o tym w radiu nie powiedzieli, to nikt, poza rodzinami, by nie pamiętał - stwierdza z przekonaniem.

Można odnieść wrażenie, że 80-tysięczne miasto stało się pępkiem świata. W ciągu kilkunastu dni dwie duże ogólnopolskie stacje telewizyjne zrealizowały tu programy na żywo. Na jedno z nagrań przyszło jednak za mało "gapiów", dlatego dziennikarze naprędce próbowali organizować tłum. Namawiali, by ci, którzy już się stawili, wołali kolejnych. A przed wejściem na żywo, gdy tłum był wystarczająco gęsty, zachęcali, by na wizji krzyczeć co ślina na język przyniesie. W czasie programu dało się więc słyszeć: śmierć za śmierć. O stosunku mieszkańców do tych wydarzeń może świadczyć wypowiedź starszego pana, który mieszka w bloku sąsiadującym z tym, w którym kiedyś żył Trynkiewicz: - Miałem nawet iść na to nagranie, ale akurat był mecz w telewizji.

Co ciekawe, prawie każdy z mieszkańców, z którymi rozmawialiśmy, przywołuje wydarzenia widziane w telewizji, wspomina informacje wyczytane w gazecie albo internecie. - Media zarządzają tym, o czym mamy myśleć, i jak dojdzie do tragedii, to będą współwinne - stwierdza Wiesław Godzic, medioznawca i socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - Ludziom wystarczy powiedzieć, że może dojść do linczu, by ktoś ten pomysł podchwycił.

Dziś trudno powiedzieć, czy Mariusz Trynkiewicz faktycznie wyjdzie na wolność. Ustawę o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób prezydent podpisał 13 grudnia ubiegłego roku. W uproszczeniu można powiedzieć, że na jej mocy długoletni skazani z zaburzeniami psychicznymi będą mogli zostać umieszczeni w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. Otwarte pozostaje pytanie, czy biegli zdążą wydać swoją opinię o stanie zdrowia zabójcy, zanim wyjdzie on na wolność.

CZYTAJ WIĘCEJ: Tusk: Trynkiewicz będzie miał ochronę i "ochronę" >>>

ZOBACZ TAKŻE: Morderca napisał list do reporterki Polsat News >>>