Portal niezależna.pl opublikował tekst Doroty Kani, w którym dziennikarka postanowiła prześwietlić rodziny znanych dziennikarzy. Autorka stwierdziła, że w polskich mediach największą rolę odgrywają dzieci funkcjonariuszy "służb specjalnych PRL‑u i PZPR-owskich bonzów". Padają tam m.in. nazwiska Tomasza Lisa, Andrzeja Morozowskiego, Justyny Pochanke.

Tekst wywołał olbrzymie kontrowersje. Po pierwsze dlatego, że dziennikarka nie słynie z nieskalanej opinii. Po drugie rozpalił dyskusję na temat zasadności grzebania w rodzinnych życiorysach osób, które uważa się za autorytety.

- Niedobrze mi się robi, gdy widzę, jak z postaw czyichś rodziców czyni się maczugę do walenia kogoś w łeb - pisze w komentarzu Pasecki i dodaje, że dorośli ludzie odpowiadają wyłącznie za własne czyny i argumentów za czy przeciwko nim powinno dostarczać wyłącznie życie ich samych, a nie ich matek, ojców, sióstr czy braci.

  - Sposób jest idealnie prosty. Pogrzebmy trochę w rodzinnych korzeniach naszych przeciwników. Poskrobmy, poszukajmy.... . Może znajdzie się coś ciekawego w życiorysach ich ojców, matek, ostatecznie może być żona czy brat, ale jednak rodzice lepsi, bo wiadomo: zawsze będziemy mogli powiedzieć "czym skorupka za młodu nasiąkła..." - czytamy w tekście.

Dalej podaje przykłady młodych ludzi, którzy zbuntowali się przeciwko swoim rodzicom - przywódców polskiej endecji z żydowskimi korzeniami czy działaczy KPP i PZPR wywodzących się z rodzin o tradycjach szlacheckich.

 - Nie będziemy wnikać w pojęcia, takie jak bunt pokoleniowy, kształtowanie tożsamości w kontrze do postaw rodziców, umiejętność oddzielenia działań własnych od tego, co robili nasi rodzice. Skoro znaleźliśmy "złe" powiązania rodzinne, zdyskredytujmy nimi tych, których nie lubimy. I jeszcze ubierzmy to w piękne opakowanie "misji dostarczania niezbędnej widzom/słuchaczom/czytelnikom wiedzy na temat osób publicznych", bo przecież "ludzie mają prawo wiedzieć, z kim mają do czynienia" - pisze Piasecki.

Jego zdaniem ludzie mają prawo wiedzieć, jak zachowywali się, co robili, czym zasłużyli, a czym skompromitowali politycy, dziennikarze, naukowcy, komentatorzy. Ale zaraz dodaje, że to, kim byli ich rodzice, może być co najwyżej ciekawostką, elementem opisywanym przy okazji tworzenia biografii czy sylwetki postaci, a nie pałką, którą się okłada i dyskredytuje.

- Teksty, które odsądzają kogoś od czci, wiary i uczciwości z powodu PRL-owskich korzeni rodziców, są kompromitujące moralnie i intelektualnie dla ich autorów - pisze Piasecki.