Politycy, którzy nawołują do repolonizacji mediów, często powołują się przy tym na wzorzec węgierski. Jego przeniesienie nad Wisłę oznaczałoby głębokie przekształcenia na rynku, które dotknęłyby nie tylko tytułów opozycyjnych, lecz także mediów sprzyjających władzy.

Reklama

W 2002 r. premier Viktor Orbán uznał, że Fidesz nie wygrał wyborów, bo nie miał po swojej stronie żadnych mediów. To wtedy Lajos Simicska zaczął tworzyć tytuły, które krytykowały ówczesną lewicowo-liberalną koalicję. Na żywo transmitowano zamieszki z jesieni 2006 r. po tym, jak wypłynęły nagrania dowodzące, że premier Ferenc Gyurcsány okłamywał Węgrów w czasie kampanii wyborczej. To on był prawdziwym autorem zwycięstwa Fideszu w 2010 r. Później jednak na skutek osobistego konfliktu z premierem Simicska przeszedł do opozycji i popadł w niełaskę. Kiedy rozgorzał spór, w jednym momencie cały profideszowy dotychczas holding przeszedł do opozycji.

Wojna skończyła się dwa lata temu. Dzień po wyborach parlamentarnych Simicska zapowiedział zamknięcie całego holdingu medialnego. Wycofanie tego gracza z rynku miało związek także z kondycją finansową przedsiębiorstwa, które nie otrzymywało żadnych reklam rządowych, a jego gazety nie były prenumerowane przez instytucje państwa. Państwo jest tu największym reklamodawcą, prześcigając kilkukrotnie podmioty komercyjne. W 2017 r. rząd wydał łącznie na kampanie medialne różnego typu równowartość 875 mln zł (pozyskanie danych za późniejszy okres jest w zasadzie niemożliwe, bo rząd odmawia udzielania takich informacji). Uzyskanie takich ogłoszeń niejednokrotnie oznacza być albo nie być dla danego tytułu. Z drugiej strony biznes prywatny rzadko wykupuje reklamy w mediach sprzyjających władzy.

Po konflikcie z Simicską Orbán zaapelował do przedsiębiorców, którym leżą na sercu węgierskie interesy, o tworzenie nowych tytułów, które mogłyby prezentować prowęgierską, w domyśle – prorządową narrację. W efekcie w 2015 r. powstał dziennik "Magyar Idők". Rok później, niespełna tydzień po referendum w sprawie kwot migrantów, zamknięto największy lewicowy tytuł "Népszabadság", notabene niemal dokładnie w 60. rocznicę jego utworzenia. Dziennik został przejęty przez bliskich Orbánowi oligarchów, po czym natychmiast zlikwidowany. Zasadność tego działania tłumaczono niską sprzedażą tytułu.

We wrześniu 2018 r. powołano Środkowoeuropejską Fundację Prasy i Mediów, na której czele stanął Gábor Liszkay, protegowany Orbána. Do końca listopada 2018 r. do tego podmiotu wniesiono aportem 475 tytułów prasowych pozostających pod kontrolą zaufanych ludzi premiera. Przekaz przygotowany przez nazywanego ministrem propagandy Antala Rogána z kancelarii Orbána jest przedrukowywany we wszystkich tytułach i staje się obowiązującą wizją świata. Na Węgrzech przy tym nie zaistniało zjawisko rehungaryzacji mediów. Media były tworzone od podstaw bądź przejmowane przez bliskich rządowi oligarchów. Poza takimi metodami istnieje także wiele innych środków przymusu, które pozwalają przekonać właścicieli, by zmienili narrację.

W takiej sytuacji znajduje się obecnie największy portal internetowy Index.hu. Jego stopniowe przejmowanie trwa blisko dwa lata. Dziennikarze portalu cały czas zbierają pieniądze na zagwarantowanie sobie niezależności. Najgłośniejszym przejęciem, które skutkowało woltą ideową, przeprowadzoną w ciągu kilkunastu godzin, była historia Origo.hu. Jego właścicielem był operator telefonii komórkowej Magyar Telekom, spółka powiązana z Deutsche Telekom. W 2014 r. András Pethő opublikował w portalu serię artykułów poświęconych podróżom Jánosa Lázára, szefa gabinetu premiera, do Londynu, za które płacili podatnicy. Ustalenia odbiły się szerokim echem, ale artykuł został usunięty z serwisu. W tym samym czasie Magyar Telekom prowadził negocjacje z rządem w sprawie nowych częstotliwości.

Pethő odszedł z portalu, podobnie jak jego redaktor naczelny Gergő Sáling, a Origo.hu zmieniło profil. Magyar Telekom uzyskał częstotliwości, a niedługo potem sprzedał portal firmie New Wave Media, kojarzonej z otoczeniem premiera. Wymowny był też przykład telewizji RTL, z myślą o której rząd wymyślił podatek od reklam emitowanych w telewizji. Największym płatnikiem miała być właśnie ta stacja. Danina została skrytykowana i z niej zrezygnowano, ale kanał wyciągnął wnioski i nie tylko złagodził krytykę Fideszu, ale jeszcze w ogóle usunął z ramówki wszelkie programy o tematyce politycznej. W efekcie zaczął otrzymywać liczne zlecenia reklamowe od władz.

Niektóre media wielokrotnie zmieniały właścicieli. Gazeta "Magyar Nemzet" trzykrotnie zmieniała profil z pro- na antyrządowy. Istnienie jednego megaholdingu, "niezależnej fundacji", ułatwia odczytanie profilu danego tytułu. Trudno uznać, jak to wpływa na czytelnictwo. Tytuły sprzyjające rządowi, jak dzienniki "Magyar Hírlap" i "Magyar Nemzet", nie przekazują danych dotyczących sprzedaży. Nie ma też badań typu Radio Track, które informowałyby o słuchalności stacji radiowych.

Przychylne władzom ośrodki utrzymują, że Budapeszt nie ma problemu z pluralizmem, bo większość mediów pozostaje niezależna od rządu. Tyle że do mediów opozycyjnych są zaliczane wszystkie tytuły poza mediami publicznymi. Oznacza to, że wspomniana fundacja, zrzeszająca 475 tytułów, także jest uznawana za opozycyjną. Podobnie jak Hír TV, przejęta w 2018 r. przez Lőrinca Mészárosa, kompana premiera z dzieciństwa, albo TV2, którą zbudował nieżyjący już dziś Andrew Vajna. Przekaz od początku do końca jest spójny, co ułatwia działalność komunikacyjną rządu. Gros wyborców Fideszu uznaje prorządowe media za przedłużenie biura prasowego rządu, a ich przekaz – za dogmat.