Demokracja w stylu monteskiuszowskim z natury pełna jest sprzeczności i nieostrości. Trzy władze (ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza) mają się równoważyć i kontrolować. To wydaje się proste. Ale proste nie jest. Przez ponad dwieście lat w żadnym kraju nie zdołano tych władz do końca od siebie oddzielić i uniezależnić. W Polsce widać to doskonale. Władza ustawodawcza (Sejm) powołuje władzę wykonawczą (rząd) i częściowo sądowniczą (trybunały), władza wykonawcza powołuje resztę władzy sądowniczej (sędziów) i kontroluje finanse obu pozostałych władz. Władza sądownicza kontrolująca działanie władzy ustawodawczej i wykonawczej jest więc od nich częściowo zależna, chociaż formalnie posiada niezawisłość. W tej gmatwaninie uprawnień widać jednak wyraźną hierarchię, która Monteskiusza bez wątpienia by niepokoiła. Niekorzystnie odbija się ona nie tylko na wiarygodności sądów, ale też na niezawisłości posłów, bo kluby parlamentarne zdominowane przez rządy łatwo zamieniają się w bezduszne maszynki do głosowania.
Monteskiusz zapomniał
Łatwo jest te niejasności i ułomności trójpodziału władz krytykować, ale trudno je zmienić. Jakoś więc musieliśmy pogodzić się z ułomnościami systemu, skoro lepszego wymyślić nie umiemy. Ale trzy pierwsze władze to i tak prościzna w porównaniu z czwartą. O czwartej władzy Monteskiusz całkiem nie pomyślał, a nam się nic dobrego nie udało wymyślić od jej realnego powstania w XIX w. aż do prawdopodobnego końca, czyli z grubsza do teraz. Problem jednak w tym, że po przeszło stu latach nie bardzo już umiemy wyobrazić sobie działającą bez czwartej władzy demokrację. I to nie tylko my – w Polsce – ale także inni. Zwłaszcza Francuzi i Amerykanie coraz więcej mówią teraz o tym, że trzy pierwsze władze muszą uratować czwartą, bo bez niej już sobie nie poradzą z suwerenem, czyli ze społeczeństwem.
Problem z czwartą władzą ma charakter cywilizacyjny. Słabnie ona i pada pod ciosami zmian technologicznych. Najpierw uderzyły w nią mnożące się kanały telewizyjne oferujące multum wszelakiej rozrywki, która odciągała ludzi nie tylko od czytania, ale także od oglądania programów informacyjnych i publicystycznych. Nigdy nie było to jednak śmiertelne niebezpieczeństwo. Może stopniowo gasła światowa figura ojca po powrocie do domu siadającego w fotelu z nieodłączną gazetą, ale w metrze, autobusie, na plaży, podczas lunchu nie dało się nosić ze sobą telewizora, więc trzeba było czytać gazety lub książki, zaś w samochodzie trzeba jednak było słuchać radia. Czytelnicy gazet i słuchacze radia siłą rzeczy na różne sposoby odsyłani byli do wieczornych programów telewizyjnych oraz vice versa.
W ten sposób jeszcze do niedawna czwarta władza w swoich trzech odmianach niemal całą dobę trzymała obywatela w uścisku. Dzięki temu była profesjonalnym, sprawnym i przynajmniej dwustronnym narzędziem komunikacji społecznej. Informowała obywateli o rzeczywistości i o poczynaniach władzy, a władzy przekazywała opinie obywateli. Tak produkowano kompetentną w sprawach publicznych obywatelską wspólnotę polityczną, która teraz umiera, choć wciąż jeszcze stanowi podstawę współczesnej demokracji.
Sytuacja zmieniła się zasadniczo, gdy w nasze życie na dobre wkroczył internet. Pojawienie się internetowego portalu sprawiło, że każdy, kto miał dostęp, mógł w dowolnej chwili mieć wgląd we wszystkie najnowsze informacje, a potem też w zawartość dowolnej gazety, zanim zobaczył ją w kiosku. Gazety istniały nadal jako pierwotne źródła informacji, wydawały na ich gromadzenie i opracowanie fortuny, ponosiły koszty druku i kolportażu, ale z punktu widzenia finalnego odbiorcy stawały się coraz mniej potrzebne. Dramat się pogłębił, gdy same gazety zaczęły swoją zawartość umieszczać w internecie. Zanim się na dobre zorientowały w skutkach, nakłady spadły gwałtownie, bo wielu czytelników nie widziało powodu, żeby się fatygować do kiosku. Zwłaszcza że obok portali pojawiły się blogi konkurujące z drukowanymi mediami nie tylko informacją, lecz także komentarzem. To wszystko dałoby się może wytrzymać z punktu widzenia prasy drukowanej, gdyby jej szefowie oraz właściciele wytrzymali presję i skoncentrowali wysiłki na tym, co stanowiło silną stronę gazet - czyli na kompetentnym doborze informacji i wiarygodności fachowych dziennikarzy, latami śledzących wybrane dziedziny. Dzięki temu czytelnik jakościowej gazety mógł mieć przekonanie, że jest poinformowany kompletnie i kompetentnie.
Internet to nie telewizja
Stając w obliczu zagrożeń internetowych, media drukowane miały jednak w pamięci skutecznie odparty atak telewizji. Prasa wygrała, raczej upodabniając się do nowego medium, niż przeciwstawiając mu swoje konkurencyjne przewagi. Odpowiedzią na atak ruchomych obrazków było zwiększenie ilości drukowanych obrazków. I jakoś się udało. Więc także w obliczu internetowego wyzwania media drukowane szukały swojej szansy raczej w upodobnieniu się do przeciwnika niż w poszukiwaniu różnicy. Uwierzyli, że ludzie nie chcą już być poinformowani, a wystarczy im, że są rozrywani. Prasa zaczęła więc stopniowo rozmiękczać informacje, zastępując to, czego ludziom trzeba do podejmowania życiowych decyzji, tym, co czytelników odrywa od trosk codzienności, czyli wszelką możliwą rozrywką częściowo podawaną w formie informacji. Ale za drugim razem ten numer nie przeszedł. Mający wybór między coraz gorszą informacją w odpłatnych papierowych gazetach i niewiele gorszą, a za to bezpłatną informacją źródeł internetowych czytelnicy masowo wybrali internet. Tak zaczęło się szybkie wymieranie homo politicusa zastępowanego przez homo ludensa.
Problem polega na tym, że demokracji rynkowej homo ludens nie wystarczy do życia. Po pierwsze dlatego, że człowiek niedoinformowany nie jest w stanie dokonywać sensownych wyborów politycznych, życiowych, rynkowych, a po drugie dlatego, że media rozrywkowe są z natury niezdolne do kompetentnego kontrolowania władzy. W systemie demokratycznym powstała więc wyrwa. I jest to wyrwa wyjątkowo trudna do usunięcia. Czwarta władza może bowiem pełnić swoją rolę tylko pod warunkiem, że jest niezależna od trzech pozostałych, a tylko one mogą jej przyjść z pomocą.
Ogólnoświatowa reanimacja
By uciec z tej śmiertelnej pułapki, demokracje zaczynają szukać całkiem nowych rozwiązań. Amerykanie konstruują mechanizm pozwalający finansować media jakościowe (zwłaszcza lokalne i regionalne) tak, jak się finansuje uniwersytety, czyli przez zmieszanie prywatnej ofiarności, środków wielkich fundacji i pieniędzy potężnych ekonomicznie uczelni oraz pomocy publicznej. Zapewne jeszcze w tym roku Kongres zacznie poważnie pracować nad takim projektem. Brytyjczycy już stworzyli publiczny (prowadzony przez BBC) najpotężniejszy na wyspach portal internetowy. Francuzi podtrzymują słabnące gazety, współfinansując z publicznych pieniędzy darmowe prenumeraty dla młodych czytelników. Hiszpanie przeprowadzili fundamentalną reformę swoich mediów publicznych, która ma je zachęcić do podwyższenia jakości i wymuszenia podobnej ewolucji w mediach komercyjnych. Liczą, że podniesienie jakości mediów elektronicznych wykreuje bardziej inteligentnego odbiorcę, zdolnego także do czytania gazet na papierze albo w internecie.
Trudno powiedzieć, co z tych wysiłków na dłuższą metę wyniknie. Ale także w Polsce bez wątpienia trzeba pilnie coś w tej sprawie robić. Bo kryzys poważnie uderzył nie tylko w finanse, lecz również w jakość mediów, co znaczy, że pogorszył również - i tak daleką od ideału - jakość polskiej demokracji. Jakieś propozycje pojawią się zapewne w projekcie nowej ustawy o mediach publicznych. Ale propozycje to dalece zbyt mało, by zmienić rzeczywistość. By jakiekolwiek propozycje przeszły, potrzebna jest świadomość, że informacja publiczna jest w demokracji fundamentalną wartością, więc kiedy proces cywilizacyjny sprawia, że rynek (chwilowo lub trwale) nie może jej dostarczyć, stworzenie odpowiednich warunków jest odpowiedzialnością szeroko rozumianego państwa. Niestety problem znów polega na tym, że tylko media mogą tę świadomość krzewić, a one są w tej sprawie jakoś dziwnie milczące. Może dlatego, że wstyd im się przyznać, jak szybko odchodzą od swego ideału, misji i powinności oraz jak bardzo w ostatnich latach spsiały.