Na pytanie, czy możliwy jest świat bez polityki, natychmiast odpowiadam - oczywiście, że tak. Co najmniej dwu wielkich myślicieli (i setki innych mniej wielkich) wyobraziło sobie taki świat.

Najpierw w połowie XVII wieku zrobił to Tomasz Hobbes i uznał, nie bez racji, że życie w stanie natury - czyli w stanie przedpolitycznym byłoby straszne - gdyż każdy z nas byłby drugiemu wilkiem, homo homini lupus. A to dlatego, że roztropnie byśmy uważali, że jak ktoś coś ma, to dlaczego mu tego nie zabrać, nawet, gdyby to było jego życie. Ale inni też by tak uważali, w związku z czym nasze życie, nasza rodzina i nasza własność byłyby w nieustannym niebezpieczeństwie. W gruncie rzeczy nie byłoby wesoło, bo musielibyśmy ciągle coś komuś zabierać i ciągle się bać, że nam zabiorą.

Zaleta i zarazem wada tej sytuacji polegałaby na tym, że nic nie ograniczałoby naszej wolności: ani prawa, ani rządy, ani obyczaje. W związku z tym ludzie obawiając się takiego hipotetycznego stanu natury, ale i obawiający się pełnej wolności, zawiązali się w stan polityczny, w którym na pewno są mniej wolni, ale znacznie bardziej bezpieczni. A ludzie lubią być bezpieczni. Polityka zabiera im wolność czynienia drugiemu, co mu niemiłe, ale gwarantuje bezpieczeństwo, że nam nikt tego nie uczyni. A nad tym wszystkim czuwa władca, który nas pilnuje.

Drugim wielkim myślicielem, który rozważał hipotezę życia bez polityki był Jan Jakub Rousseau, który mniej więcej sto lat po Hobbesie, uznał - zupełnie inaczej niż Hobbes - że w stanie przedpolitycznym żyłoby się najlepiej. Wprawdzie nie różnilibyśmy się tak bardzo od zwierząt, ale czy zwierzęta mają źle? To polityka i cywilizacja nauczyły nas na przykład, że ludzie nie są równi, i podobnie to polityka i cywilizacja wprowadziły do naszego życia klamstwo, brak autentyczności oraz spontaniczności, które to przymioty, zdaniem Rousseau, zdaniem trudnym do potwierdzenia lub zaprzeczenia, cechują się zwierzęta. A zatem bez polityki byłoby może nie tak wyrafinowanie i skomplikowanie, ale autentycznie, i nie po ludzku - w złym znaczeniu tego słowa - lecz po zwierzęcemu.

Jak pozbyć się polityki
Co ciekawe, myśliciele ci odegrali kluczową rolę w historii filozofii politycznej, a zwłaszcza we wszystkich rozważaniach dotyczących tego, co polityczne. Ale i obecnie mamy do czynienia z poglądami równie ciekawymi i równie wrogimi polityce, czyli z libertarianami (w Polsce jest mała partia stanowiąca raczej kiepski ich odpowiednik). Libertarianie są wrodzy nawet nie tyle polityce, ile wadzy, ale ponieważ polityka zawsze polega między innymi na sprawowaniu władzy, więc także polityce. Nie chcą płacić podatków (jakże ich wszyscy doskonale rozumiemy) na polityków, nie chcą zapinać pasów w samochodach, nie chcą mieć państwowej policji, państwowych szkół ani państwowej kontroli. Nie bez pewnej racji uważają, że doskonale by sobie poradzili ze szkolnictwem, policją i wieloma innymi sprawami, gdyby państwo najpierw nie zabierało im pieniędzy, a potem - łaskawie - z powrotem je przydzielało.


W Stanach Zjednocznych libertarianie mają swoją reprezentację w Kongresie (jako republikanie) i stanowią całkiem poważną siłę. Ich kłopot i zresztą kłopot całego cywilizowanego świata polega na tym, że chwilowo - a chwila ta trwa już trzy tysiące lat i nie zamierza się skończyć - ciągle ktoś na nas czyha jak nie od wewnątrz (bo to Hobbes już załatwił), to z zewnątrz, a wobec tego musimy wydawać miliardy na absurdalne cele - z punktu widzenia libertarian - jak wojsko i polityka zagraniczna. Absurdalne, ale konieczne.

Kiedyś pytałem, nieżyjącego od niedawna, największego na świecie historyka wojen sir Michaela Howarda, po co takiemu krajowi jak Polska, a tym bardziej - bez obrazy, jak Łotwa czy Słowenia - potrzebne jest wojsko. Odpowiedział, że w gruncie rzeczy nie jest potrzebne, ale państwo bez własnych znaczków pocztowych, hymnu i wojska nie jest państwem całą gębą. Z wojska wszyscy mamy być dumni. Wspominając swoją krótką służbę w tej instytucji, nie mam powodów do dumy, chyba że z powodu wchłonięcia nigdy przedtem niespotykanej w takiej ilości i częstotliwości określonych płynów.

Czy my jednak tu i teraz, w Polsce, w Europie, dalibyśmy sobie radę bez polityki, i jak by to mogło wyglądać? Jest kilka możliwych scenariuszy, każdy mi się podoba z innego powodu.

Losować fachowców
Scenariusz pierwszy polegałby na tym, że polityka zostałaby zastąpiona przez administrację, a dla utrzymania administracji w ryzach (albowiem każdy człowiek ulegnie korupcji, jak będzie mógł to czynić zupełnie bezkarnie, może minimalnej korupcji, ale jednak) należałoby co kilka lat losować spośród obywateli grupę, którą określałoby się mianem "władzy". Ludzie ci nie mieliby żadnych szans na przedłużenie mandatu, bo wypadaliby z następnego losowania. W ten sposób rządziliby nami menedżerowie, tak jak przedsiębiorstwem, a my nie wtrącalibyśmy się, dopóki by nie powodowali strat.


Reklama

Słowem, mielibyśmy całkowity i święty spokój od polityki, a zarazem gwarancję, że koleje będą jeździły na czas (nie jestem w stanie pojąć, dlaczego w Polsce jednak jeżdżą), że ktoś zbuduje autostrady, i nie byłaby to decyzja polityczna, lecz praktyczna, oraz, że ktoś zadba o szkolną edukację naszych dzieci, a do realizacji tego celu też mądrali nie potrzeba, a jedynie ludzi w miarę sprawnych i dzieciom życzliwych.

Tylko żeby mi dzieci nie wychowywali, bo już wychować to ja wolałem swoje dzieci w domu i całkiem mi się nawet udało. Szybko zatem, sprawnie i skutecznie, a w sprawach trudnych sądzę, że prędzej byśmy się ze sobą dogadali niż za pośrednictwem polityków. Wreszcie w polityce zagranicznej też mamy raczej do czynienia z wojną ekspertów i polityków niż obywateli poszczególnych krajów, więc jakby im tego zakazać, to byłoby tylko lepiej, a co najmniej nie gorzej. Scenariusz administracyjny realizowany by był zatem zgodnie z hasłem "politycy ręce precz od polityki" albo "politycy do domu".

Wyciszyć ich wszystkich
Drugi scenariusz proponuję bez pełnego przekonania, bo bierze pod uwagę rolę mediów, a do medium (nie do medium w rozumieniu pani, która pośredniczy przy okrągłym stoliku, lecz do medium, czyli gazety) przecież piszę. A jednak może warto spróbować, czy mianowicie wprowadzić całkowity i bezwzględny zakaz pisania o polityce, mówienia o polityce w mediach elektronicznych, występowania polityków w tychże mediach, w sumie całkowity zakaz obecności polityki. Nie, nie na zawsze, tylko na trzy z czterech lat między kampaniami wyborczymi.


Rok temu dziennikarze w Bułgarii tak się zirytowali nieustanną obecnością polityków w mediach i presją tychże polityków, by ich pokazywać i opisywać, że zrobili dzień bez polityki. Ludność wpadła w entuzjazm, a politycy niemal na kolanach (kolana to część ciała dobrze nam skądinąd ostatnio znana) błagali, że już nie będą tak zachłanni i że będą występowali (znaczy się - ten sam polityk) najwyżej raz w tygodniu, ale żeby dać im szansę.

Otóż byłbym całkowicie twardy i zakaz taki poparłbym sankcjami sądowymi. Jeśli któryś polityk wystąpi w telewizji w trakcie trzyletniej ciszy przedwyborczej, to mu się zabierze połowę czasu, jaki by dostał w roku przedwyborczym, następny raz - połowa pozostałej jeszcze połowy. Szybko by doszło do tego, że nawet w roku, w którym nie obowiązywałaby cisza, nie miałby już kto występować, bo wszyscy mieliby karę. I tym lepiej. Wiem, że media by przez krótki czas cierpiały, ale szybko by się okazało, że naprawdę z dwojga złego ciekawsze jest, jak zrobić krewetki po alzacku lub co znowu uczyniła Paris Hilton niż znoszenie widoku tych wszystkich twarzy (nie powiem - mord, bo się źle kojarzy). Gdyby równocześnie wszystkie media nie mogły pisać o polityce, to nikt by specjalnie nie ucierpiał i byłoby to do przeprowadzenia. Zaś za hasło w tym przypadku można by wziąć sformułowanie następujące: "Politycy shut up" lub "Polityk jak ryba mówić nie może".

Niech się zeżrą
Scenariusz trzeci stanowiłby w pewnym sensie odwrotność drugiego. Można by wykorzystać naturalną skłonność polityków do oczerniania konkurencji. Politycy mogliby mówić ile chcą i co chcą, ale tylko o tym, czego nie zamierzają zrobić i kogo nienawidzą. O tym, co zrobili, robią lub zrobią oraz o tym, kogo szanują, mówić im w żadnym wypadku nie wolno. Wszystkie kampanie wyborcze i wszystkie wypowiedzi polityczne mogłyby mieć tylko negatywny charakter. Niedopuszczalne w związku z tym byłoby propagowanie programów politycznych, planowanie zadań politycznych czy też namawianie społeczeństwa do pozytywnych działań.


Wszystko, co pozytywne, byłoby dziełem społeczeństwa (obywatelskiego), a politykom pozostałaby funkcja adwokata diabła. Byłoby wtedy jak zwykle, tylko nie czulibyśmy, że cokolwiek jest nie w porządku. Nie narzekalibyśmy. Nie łudzilibyśmy się. Nie denerwowalibyśmy się cudzą polityczną głupotą ani nie cenilibyśmy - co i tak zdarza nam się dzisiaj rzadziej - cudzej politycznej mądrości. Mielibyśmy natomiast mnóstwo zabawy, a eskalacja językowa i emocjonalna, jakiej ulegliby politycy, doprowadziłaby ich szybko do posługiwania się wyłącznie mową nienawiści, więc dzieci miałyby okazję na żywym przykładzie się uczyć, jak nie należy się zachowywać, a każdy dorosły miałby zapewnioną tę, przecież niewątpliwą, przyjemność, jaką jest oglądanie programu telewizyjnego lub czytanie gazety i mówienie żonie/mężowi: Patrz, jacy to wszystko idioci. Hasłem tej propozycji byłoby sformułowanie: "Politycy, ani jednego dobrego słowa" lub "Politycy do telewizji".

Zaklęty krąg polityki

I co? W przeddzień wyborów, które są ważne dla Polski, żarty sobie czynię? Nie są to wcale żarty, tylko opis sytuacji, do jakiej zostaliśmy doprowadzeni. Nie, nie tylko z winy polityków. Wszyscy razem poddaliśmy się władzy tego zaklętego koła i musimy spod tej władzy się wydobyć. Więc trzeba się zastanowić, jak to uczynić, pamiętając, że jednak politycy są nam nieco potrzebni, a bez polityki na razie - przez tę chwilę, o której była mowa - nie da się żyć.


Na świecie wiele się mówi o tym, że demokracja jest dobra, kiedy obywatele są oświeceni. I jest to niewątpliwie racja. Ale oświecenie nie idzie od polityki, tylko - przeciwnie - powinno płynąć do polityki, czyli najpierw oświecony obywatel, a potem oświecona polityka. Nie należy, a nawet nie wolno zatem czekiwać, że politycy nas oświecą, bo wtedy mogliby - nie daj Panie Boże - pretendować do roli wychowawców. Ale my powinniśmy sami się oświecić, w czym ogromnie przydatne mogą być właśnie media. Najprostsza i najbardziej skuteczna metoda oświecania polega na porównywaniu. A jest co z czym porównywać.

Dobrze więc byłoby wiedzieć, jak się ma polskie ustawodawstwo do legislacji w innych krajach, jak się ma polski język polityki do języka polityki w innych krajach, jak się mają polskie programy polityczne do programów politycznych w innych krajach, jak się ma polska polityka zagraniczna do polityki zagranicznej w innych krajach. Już sama ta wiedza uczyniłaby nas normalniejszymi, a przede wszystkim wyzwoliłaby nas spod władzy polskiego zaklętego koła. Ale na razie trzeba iść na wybory i potem, po utworzeniu rządu, sformułować minimalistyczne wymaganie, żeby politycy dali nam spokój chociaż na sto dni.