Wpływy siwobrodego intelektualisty są coraz szersze, a on sam udowodnił, że potrafi grać ostro, a czasem brutalnie. I nie jest w tym przeszkodą ani hamulcem jego inteligencki etos.

O pozycji w Platformie świadczą kontakty z Donaldem Tuskiem. Członkowie partii ciągle debatują, kto jest członkiem dworu Tuska, kto nie, a jeśli nie - to jakie ma inne dojścia do lidera partii. Tak też jest z Grupińskim - w PO toczy się spór, czy można go zaliczyć do dworu. Dlatego wiele mówi historia, która jeszcze przed wyborami przydarzyła się dziennikarzowi jednego z tygodników piszącemu o otoczeniu Tuska. Pytał o skład dworu. "To Schetyna, Drzewiecki, Nowak i Graś" - odpowiedział jeden z wymienionej czwórki. Kilka godzin później zadzwonił do dziennikarza: "Niech pan dopisze Grupińskiego, bo on się obraża, gdy nie wymienia się go w składzie dworu".

Wtedy tę historię interpretowano jako dowód niespełnionych ambicji Grupińskiego. Dziś można ją uznać za próbę pomniejszenia i ośmieszenia groźnego rywala. "Z Rafałem dobrze jest pogadać w cztery oczy. W większym towarzystwie jest okropnym mrukiem. Nawet już go nie zapraszamy na spotkania towarzyskie" - tłumaczy inny uczestnik nasiadówek z Tuskiem.

Niezależnie od tego, Grupiński osiągnął ogromny sukces w polityce. Temu nikt nie przeczy, choć wielu jego znajomych pyta o cenę tego sukcesu. Zarzucają Grupińskiemu grę nie fair. "Postawił skuteczność przed zasadami. Miał duże kompleksy wobec Rokity i Śpiewaka, więc tym mocniej ich atakował. Brutalny profesor. Zgorzkniały cynik" - to opinie kilku parlamentarzystów PO, którzy - rzecz jasna - nie wypowiadają ich inaczej niż anonimowo. Otwarcie natomiast mówi o tym poseł PiS Jan Ołdakowski, który z Grupińskim pracował w komisji kultury w zeszłej kadencji Sejmu: "Wygląda to tak, jakby uznał, że zasady są tożsame z inteligencką miękkością".

Ołdakowski ma własny uraz do Grupińskiego. Gdy w zeszłej kadencji Platforma odwoływała pisowskich szefów komisji sejmowych, przyszła kolej także na niego. Jednak posłowie opozycji sami zadeklarowali, że nie wygłoszą uzasadnienia, co miało być gestem uznania wobec odwoływanego szefa komisji. Wyłamał się Grupiński i wygłosił uzasadnienie, według którego komisja źle pracowała. "Zarzuty były wymyślone ad hoc. Zobaczyłem, jak pada autorytet, bo wcześniej byłem w niego zapatrzony, choćby dlatego, że to on stworzył >Czas kultury<" - żali się Ołdakowski, nawiązując do tego, że Grupiński jest założycielem cenionego miesięcznika. "Użyłem wobec niego niewłaściwego określenia. Przeprosiłem i zadbałem, by wykreślono je z protokołu" - broni się Grupiński. "Stanowczo też odrzucam tezy o moim cynizmie i intryganctwie. Polityką muszą kierować wartości, zawsze tak uważałem".

Może jednak być też tak, jak tłumaczy jeden z jego znajomych: Grupiński nie robi rzeczy gorszych niż inni politycy, ale stawia się mu wyższe wymagania. "Gdy ostro gra Schetyna albo Gosiewski, to jest to normalne, ale on jako intelektualista według tych wyobrażeń powinien być miękki i łagodny" - mówi nasz rozmówca.

Grupiński nie jest mimozą, choć wielu polityków, nawet z jego partii, nie rozpoznało jeszcze jego znaczenia. Posłowie PO pytani o niego odpowiadają, że to bardzo inteligentny PR-owiec, ale nic więcej, albo twierdzą, że jest doradcą Tuska ds. mediów, jednak bez żadnego wpływu na decyzje premiera – choćby w sprawach personalnych. Mają pretensje, że nie wykonuje swych obowiązków jako minister w kancelarii premiera odpowiedzialny za kontakty z parlamentem. Nawet szefostwo klubu PO nie ukrywa, że Grupiński nie pojawia się w Sejmie. Wygląda na to, że partyjni koledzy ministra nie wiedzą, że funkcja ministra ds. kontaktów z parlamentem jest tylko przykrywką dla ważniejszych zadań. "W kancelarii podlega mi departament programowy. Za kontakt z parlamentem odpowiada szef gabinetu premiera. Ja go tylko wspieram" - tłumaczy Grupiński. Nie interesuje go użeranie się z posłami. Ciekawią go specsłużby, zdobywanie informacji i media. Sam unika występów publicznych. "Zawsze odpowiadała mu rola zakulisowego gracza bardziej niż politycznego pyskacza, spalającego się w świetle jupiterów" - twierdzi jeden z jego przyjaciół.

Krótko po wyborach Grupiński zjawił się w Ośrodku Studiów Wschodnich, rządowym ośrodku analitycznym formalnie podległym Ministerstwu Gospodarki. Tam zapowiedział, że to on w nowym rządzie będzie opiekował się placówką. Oznaczało to z jednej strony podniesienie rangi OSW, z drugiej strony więcej pracy. Grupiński dzwoni prawie codziennie. Jego poprzednik z rządu PiS, wiceminister gospodarki Piotr Naimski, zamawiał bardzo dużo analiz. Grupiński podwoił liczbę zamówień. Naimskiego interesowały kraje byłego ZSRR, Grupiński zaczął żądać raportów o sytuacji na Bałkanach i Bliskim Wschodzie.

Ośrodek potraktował też jako źródło kadr. Do kancelarii premiera zabrał stamtąd kilka osób, w tym szefa OSW Jacka Cichockiego i dyrektora departamentu polityki wschodniej w MSZ za rządów PiS – Wojciecha Zajączkowskiego. Cichocki uważany za jednego z najlepszych polskich analityków został pełnomocnikiem rządu ds. specsłużb. Pozostali mają tworzyć ściśle związany z premierem ośrodek analityczny. "Grupiński jako jeden z nielicznych polskich polityków rozumie, że sprawowanie władzy to posiadanie prawdziwych informacji. Bo wszyscy inni kierują się zasadą: ja jestem najmądrzejszy we wsi" - opowiada jeden z ministrów. Ściągnięcie akurat tych ludzi jest jednym z dobitniejszych świadectw rosnących wpływów niedocenianego polityka. Nie dość, że obsadził swymi kandydatami strategiczne stanowiska, to jeszcze uderzył w opozycję, bo Cichocki i Zajączkowski byli wcześniej kojarzeni z PiS. Na dodatek - to już osobista satysfakcja dla Grupińskiego - był to prztyczek w nos dla grupy związanych z Krakowem polityków Platformy. Stąd nerwowa reakcja Konstantego Miodowicza, który ośmielił się publicznie skrytykować nominację Cichockiego firmowaną przez samego premiera.

OSW to też najlepsze źródło wiedzy o Rosji. Według kilku relacji Grupiński bardzo się tym zainteresował. Stało się to niejako pod wpływem potrzeby chwili, czyli wyborczej obietnicy PO, że naprawione zostaną stosunki polsko-rosyjskie. To Grupińskiemu przypisuje się usztywnienie kursu Platformy wobec Rosji i odejście od entuzjazmu pierwszych miesięcy, kiedy politykom PO zdawało się, że kilka pojednawczych gestów zmiękczy Kreml w sprawie tarczy antyrakietowej i rurociągu bałtyckiego. "W rządzie on pierwszy zorientował się, że jest wprowadzany w błąd, iż da się szybko naprawić stosunki z Rosją, odwracając wszystko, co robiło PiS" - ocenia wiceminister spraw zagranicznych w poprzednim gabinecie Paweł Kowal.

Sprawą bardziej tajemniczą jest zaangażowanie ministra w media. Posłowie opozycji są przekonani, że to Rafał Grupiński stoi za nowelizacją ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Nowe prawo, jeśli Sejm je uchwali, pozwoli Platformie odzyskać media publiczne i da jej nieporównywalną do dzisiejszej władzę nad wszystkimi mediami elektronicznymi, także prywatnymi. Podobnie Grupińskiego podejrzewa się o „sprawstwo kierownicze” w nieudanej na razie intrydze wokół kierownictwa PAP. Najkrócej rzecz ujmując, chodziło tam o wymianę obecnego prezesa na osobę milszą Platformie. Wśród kandydatów wymieniano byłego naczelnego „Rzeczpospolitej” Grzegorza Gaudena, o którym wiadomo, że od wielu lat przyjaźni się z Grupińskim.

On sam zaprzecza. Twierdzi, że jedynie brał udział w dyskusjach nad ustawą medialną. "A pogłoska o PAP mogła wziąć się stąd, że dobrze znam byłego dyrektora drukarni agencji. Ale w niczym nie brałem udziału" - tłumaczy Grupiński. Właśnie zwolnienie wspomnianego dyrektora było bezpośrednią przyczyną konfliktu wokół kierownictwa PAP.

Opinia publiczna zauważyła Grupińskiego w zeszłej kadencji parlamentu. Właściwie to przypomniała sobie, bo ma już on za sobą próbę wejścia do wielkiej polityki. Liczy 56 lat, co znaczy, że jest najstarszy w otoczeniu Tuska. Nie zajmuje się futbolem ani żadnym sportem, przez co traci ważną nić porozumienia łączącą Tuska z resztą dworu. Na swoje szczęście interesuje się historią, tak jak Tusk i Schetyna. Ale bardziej pasjonują go literatura i kultura. Od tego zaczęła się jego przygoda z polityką. Krótko po stanie wojennym zaczął wydawać u siebie w Poznaniu w drugim obiegu miesięcznik literacki "Czas kultury". Pismo istnieje do dziś, szybko zdobyło renomę, a Grupiński przez lata był postrzegany przede wszystkim jako założyciel tego cenionego periodyku. Za komuny drukował pismo we Wrocławiu w drukarni "Solidarności Walczącej". A aktywnym działaczem tej organizacji był Grzegorz Schetyna. Wtedy zaczęła się trwająca do dziś współpraca.

Naczelny "Czasu kultury" żył wtedy między polityką i krytyką literacką. Język jego polemik był bardzo ostry. Chłostał warszawski salon i kulturalny establishment za niesamodzielne, asekuranckie myślenie i "nekrofilię intelektualną". W odpowiedzi słyszał, że jest prowincjuszem mszczącym się za niedopuszczenie do salonu. Ciężko obraził się na niego mimo długiej znajomości Stanisław Barańczak. Nie znosił go Adam Michnik. Później Grupiński zrezygnował z uprawiania krytyki, ale pamięć o tym trwa. Gdy Tusk formował swój gabinet, współpracownicy nowego premiera zaczęli rozgłaszać plotkę, że Grupiński w żadnym razie nie może zostać ministrem kultury, bo nie zgodzą się na to środowiska twórcze. "Nie było takiej propozycji, choć wiele osób myślało, że to ja obejmę ten resort" - odpowiada Grupiński i dodaje, że jako były hipis nie ścierpiałby celebry związanej ze sprawowaniem tego urzędu.

Dzięki znajomości ze Schetyną w początku lat 90. trafił do KLD, a potem wraz z tą partią do Unii Wolności. Tam zasłynął z ostrej krytyki unijnych liderów. Sprzeciwiał się kandydaturze Jacka Kuronia w wyborach prezydenckich, a jej wysunięcie określił "fatalną kampanią warcholstwa części lewicowych polityków z warszawskiego salonu". Kuroń się wściekł, a oburzona Zofia Kuratowska nazwała tekst, w którym Grupiński użył tych słów, faszyzującym. Bardzo bronił go wtedy Donald Tusk.

Jednak poza takimi skandalami nie miał większych sukcesów politycznych. Przegrywał kolejne wybory na szefa regionu wielkopolskiego, w końcu odszedł z Unii i wstąpił do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Nigdy jednak nie zerwał kontaktów ze swym podstawowym środowiskiem politycznym. Przeciwnie, gdy w 1994 trafił do TVP, gdzie kierował najpierw programem "Pegaz", a potem telewizją edukacyjną; blisko grał z ludźmi związanymi z liberałami. Podał się do dymisji, po tym jak w 1996 roku PSL-owski szef TVP odwołał szefa "Jedynki" Tomasza Siemoniaka. Dziś to zastępca Grzegorza Schetyny w MSWiA, a prywatnie zaufany współpracownik wicepremiera i osoba bliska Grupińskiemu.

Do wielkiej polityki wrócił na wyraźne zaproszenie Tuska w 2005 roku. "Był holowanym kandydatem, by za wszelką cenę wszedł do Sejmu" - opowiada jeden z posłów PO. Dostał jedynkę w okręgu kaliskim. Przeciwko spadochroniarzowi buntowała się miejscowa PO. Rebelię stłumił sam Tusk. Do Sejmu Grupiński szedł z hasłami rozliczenia postkomunistów: "Brak obcięcia ręki zarażonej gangreną, czyli przeprowadzenia dekomunizacji, zaowocował ciężką chorobą całego organizmu" - pisał przed wyborami. Po nich za głównego wroga szybko uznał niedoszłego koalicjanta. – Mówienie o konstruktywnej opozycji to jak mówienie o demokracji socjalistycznej – tak w listopadzie 2005 określił stosunek PO do PiS. Za sprawą ostrego języka politycy PiS zaczęli porównywać go do Stefana Niesiołowskiego. I też darzyć taką samą niechęcią, choć niektórzy są zdziwieni. "Pamiętam nasze urocze wieczorki w klubie Tygmont. Był wtedy wspaniałym kompanem, choć teraz ludzie mówią o nim straszne rzeczy" - mówi eurodeputowany PiS, także poznaniak, Konrad Szymański. Te straszne rzeczy to przede wszystkim przekonanie, że to Grupiński namawiał Tuska do ostrej konfrontacji z PiS.

"Wieczorki rzeczywiście były urocze, ale w punkcie wyjścia byliśmy tak podobni do PiS, że musieliśmy zacząć maksymalnie się różnić" - odpowiada Grupiński i przyznaje, że namawiał swoją partię do ostrej konfrontacji z Kaczyńskimi. By się różnić, poparł np. bunt grupy dziennikarzy, którzy odmówili złożenia oświadczeń lustracyjnych. "Nawet żołnierz w wojsku może odmówić wykonania rozkazu. Dziennikarski protest jest raczej sprzeciwem wobec wizji państwa sformowanej przez PiS, a nie samej lustracji" - mówił niecały rok temu, nie dodając jednak, że on i jego partia głosowali za nową ustawą lustracyjną.

Z inną grupą dziennikarzy poszedł za to na otwartą wojnę w sprawie tzw. raportu PO o mediach publicznych. Były tam nieprawdziwe dane o honorariach konkretnych osób. Część polityków PO odcięła się od raportu. Grupiński przeciwnie – przeprosił za szczegóły, ale nie za dokument. To zamroziło jego dobre stosunki ze sporą częścią mediów. Z dość długiej listy dziennikarzy oczernionych przez raport chyba tylko Joanna Lichocka z "Rzeczpospolitej" odnowiła kontakty z Grupińskim. "Trudno mi mieć do niego pretensje, gdy wiem, że to nie on pisał ten raport" - mówi dziennikarka. Bo za prawdziwego jego autora uważany jest Tomasz Siemoniak. "Nie napisałem ani linijki, ale ktoś tę żabę musiał zjeść" - komentuje dziś Grupiński.

"On niby stoi z boku, ale nie boi się walki i sam często prowokuje konflikty – mówi jeden z wielkopolskich posłów PO. Rzeczywiście parlamentarna działalność Grupińskiego w kadencji 2005 - 2007 to ciąg starć. Nie tylko z wrogiem zewnętrznym. Najbardziej zaciekłą walkę stoczył z rywalami wewnętrznymi. "Zauważył, że w każdej partii obok lidera musi być ośrodek intelektualny" - mówi osoba bliska władzom Platformy. O to miejsce w PO konkurowali Grupiński, Paweł Śpiewak i środowisko Jana Rokity. "Ale intelektualiści w polityce dzielą się na gapy i tych, którym instrumentarium intelektualne pomaga w działaniu. Grupiński należy do tych drugich, Śpiewak do pierwszych" - dodaje nasz rozmówca.

Pierwszym etapem była marginalizacja Rokity. Już w grudniu 2005 polityk z Krakowa stracił wpływy w prezydium klubu PO. Grupiński brał w tym udział jako człowiek Schetyny. "Wykonał ciężką pracę, by wbić klin między Rokitę i Tuska" - ubolewa jeden z polityków Platformy. Ten zarzut jak żaden inny oburza Grupińskiego. "Za krótko byłem w polityce, by móc wbić klin. Poza tym nigdy tego nie robiłem" - denerwuje się. Zarzutów jest jednak więcej. "Urządzał awantury w biurze prasowym PO, gdy Rokita i jego ludzie zbyt często pokazywali się w mediach" -dodaje inny poseł tej partii. Grupiński zaprzecza i twierdzi, że urządził raz awanturę, ale Rokicie, i to za to, że ten ochrzanił, niesłusznie, pracowników biura prasowego.

Atakował też jego bliskiego współpracownika Jarosława Gowina. "Funkcje doradcze przy Tusku pełnił Śpiewak. Ja do tego nie aspirowałem i nie aspiruję, więc nie ma obszaru konfliktu" - bagatelizuje sprawę Gowin. Ale nie dodaje, że bardzo nieprzyjemnym dla niego przeżyciem było jedno z wyjazdowych posiedzeń klubu parlamentarnego PO. Grupiński, atakując grupę Rokity, miał przedrzeźniać wypowiedzi Gowina. "Jarek jest trochę przewrażliwiony na tym tle, ale rzeczywiście obie strony ostro tam sobie nagadały" - mówi jeden z przyjaciół Gowina. Według naszych informacji konflikt uciął sam Tusk, któremu zależało, by z jednej strony nie tracić Gowina jako konserwatywnej twarzy PO, a z drugiej nie chciał, by zbytnio urosły wpływy jego ambitnego doradcy. Zgodnie z zasadą "dziel i rządź" Tusk chętnie wysłuchiwał skarg Grupińskiego na szefa wielkopolskiej PO Waldy’ego Dzikowskiego, rzekomo z intencją zmiany na jego stanowisku. Ale nie zgodził się, by wojewodą wielkopolskim została osoba wskazana przez Grupińskiego.

To jednak nieistotna porażka w porównaniu ze zwycięstwem, czyli wypchnięciem poza politykę Śpiewaka. "Jesteśmy z innych bajek. On od początku miał poważne aspiracje polityczne. Chciał mieć wpływ na Schetynę i Tuska. A ja mam inną koncepcję samego siebie" - mówi dziś Śpiewak, twierdząc, że nie da się tego nazwać sporem. Grupiński też przedstawia łagodniejszą wersję zdarzeń: "Paweł miał zawsze otwarte drzwi do przewodniczącego. Sam się wycofał, może to my powinniśmy byli zapraszać go do naszego grona" - przyznaje się do zaniedbania.

Skutek jednak jest taki, że dziś w PO Grupiński, nie licząc zajętego pracą w Sejmie i regionie Gowina, nie ma intelektualnej konkurencji. Mógłby równać się z nim szef doradców premiera Michał Boni, który jednak ma kulę u nogi w postaci agenturalnej przeszłości. "Bardzo przenikliwy analityk. Świetnie konstruuje komunikaty polityczne" - zachwala Grupińskiego szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. "Kluczowy doradca premiera, otwarty intelektualista" - dodaje poseł PO Andrzej Halicki znający się z Grupińskim od ponad 20 lat.

Mieszanina niechęci i podziwu - takie odczucia budzi Rafał Grupiński u ludzi, którzy bacznie przyglądają się jego karierze. Można mu jednak wróżyć jej rozwój. Jest potrzebny premierowi, jego ambicje nie zagrażają Tuskowi. Inteligencja połączona z siłą to w przypadku lojalnego podwładnego zaleta. A w całym życiorysie Rafała Grupińskiego trudno znaleźć nawet ślad nielojalności wobec Donalda Tuska.