Po upadku komunizmu strach się zmniejszył, ale pozostał. Uczciwie i ciężko pracujący człowiek musiał się bać - zmiany przepisów, którą przegapił, innej niż zwykle interpretacji, srogich kar za dzień spóźnienia z wpłatą podatku czy opłaty na ZUS. Rządy się zmieniały, ale w telewizji mądrale zawsze tłumaczyły, że nadużycia to rzadkie przypadki, bo przecież urzędnika ogranicza prawo. A już najbardziej na wszelkie sugestie o nieprawościach oburzali się ważni pracownicy urzędów skarbowych. Mówili dużo o godności ich zawodu i szacownym statusie pracownika państwowego. Czasem tylko dawało się kogoś złapać za rękę, jak w przypadku skrzywdzonego Romana Kluski, który był na tyle duży i silny, by narobić głośnego rabanu.

Reklama

Ale od dzisiaj prawda jest znana wszystkim. Ujawniają ją w DZIENNIKU sami urzędnicy skarbowi zapowiadający strajk włoski polegający na "wolnym i drobiazgowym sprawdzaniu deklaracji podatkowych i odsyłaniu ich z powodu banalnych błędów". Najpierw pomęczą w ten sposób przedsiębiorców, którzy rozliczają się do końca marca, a potem osoby fizyczne - im termin upływa z końcem kwietnia.

Nie dajmy się zwieść. To nie żaden włoski strajk. To szczere przyznanie się do posiadania możliwości nękania i niszczenia podatników, to otwarte powiedzenie, że mogą zrobić z nami, co tylko chcą.

Wychodzi na jaw naga, niczym nieograniczona władza. Przywilej gnębienia ciężko pracujących ludzi. Ale coś jeszcze - pełne pychy przekonanie, że walcząc o podwyżki, ludzie skarbówki mogą więcej. Oni nie przestają po prostu pracować, nie idą na urlopy - oni w ramach protestu świadomie pokrzywdzą obywateli. To tylko perwersja wynikająca z nadużywania siły czy już powód, by zaraz wymienić tam połowę kadr?