Bogumił Łoziński: Władze archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej już 13 lat temu były poinformowane o oskarżeniach wobec dyrektora Ogniska św. Brata Alberta ks. Andrzeja o molestowanie seksualne chłopców z tej placówki. Dlaczego do dziś nie wyjaśniono tych oskarżeń?
Ks. Kazimierz Sowa: Mam wątpliwości, czy przed 13 laty poinformowanie o tej sprawie było skuteczne i wiarygodne. Podejrzewam, że sygnał o molestowaniu mógł zostać odebrany jako próba odegrania się po jakimś personalnym konflikcie. To oczywiście nie wyjaśnia wszystkiego i nie jest usprawiedliwieniem. Trzeba sobie powiedzieć, że w tak delikatnych sytuacjach jak oskarżenia o pedofilię Kościół niechętnie przyjmuje zarzuty z zewnątrz. Na pewno w 1995 r. wewnętrzne mechanizmy w Kościele nie były gotowe, aby podejść do sprawy poważnie i stanowczo.
Kościół często trudne problemy próbuje rozwiązać we własnym zakresie, a nawet jest oskarżany o ukrywanie niewygodnych spraw. Czy taki właśnie mechanizm zadziałał w tej sprawie?
Kiedy na początku lat 90. w USA wybuchła afera pedofilska wśród księży, pojawiły się zarzuty, że Kościół chce te sprawy zamieść pod dywan. Tymczasem Kościół rozwiązywał je zgodnie z watykańską instrukcją z 1962 r., która mówiła, że sprawy związane z naruszeniem moralności przez duchownych należy rozwiązywać wewnątrz Kościoła i w tajemnicy. To dopiero zmieniło się w 2002 r., kiedy po wizycie biskupów amerykańskich w Watykanie ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary kardynał Joseph Ratzinger wydał stanowczą i jednoznaczną deklarację. Mówiła ona, że w takich sytuacjach Kościół przede wszystkim ma bronić ofiary, a na drugim miejscu troszczyć się o swoje dobre imię. Mam wrażenie, że w sprawie szczecińskiej początkowo postępowano według instrukcji z 1962 r. To jest inna mentalność skupiająca się na obronie Kościoła. Dopiero w ostatnich latach zmieniono sposób podejścia do problemów moralnych – obecny arcybiskup szczecińsko-kamieński podejmuje kroki w duchu deklaracji z 2002 r.
W świetle tej deklaracji po pierwszych sygnałach o podejrzeniu molestowania chłopców ks. Andrzej powinien zostać odsunięty od opieki nad nimi, aż do wyjaśnienia sprawy.
Taka praktyka, choć często krytykowana, jest stosowana w Kościele w USA. Kapłani oskarżeni o pedofilię są od razu odsuwani. To jest racjonalne postępowanie i sprawdza się. Takie działanie jest bardziej odpowiedzialne – choć w przypadku fałszywych oskarżeń dla takiego kapłana na pewno krzywdzące – niż dopuszczenie do sytuacji, w której jego czyny miałyby przynieść szkodę moralną i psychofizyczną dzieciom. Tego zabrakło w Szczecinie. Radykalniejsze kroki zostały podjęte dopiero w ubiegłym roku, gdy na skutek interwencji Jarosława Gowina ks. Andrzej został całkowicie odsunięty od pracy z dziećmi.
W archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej od blisko roku trwa proces w sprawie ks. Andrzeja przed sądem kościelnym. Czy po 13 latach od ujawnienia problemu wyjaśni on sprawę?
Sąd na pewno będzie brał pod uwagę zeznania obu stron. O problemie wie też Stolica Apostolska. Kongregacja Nauki Wiary poleciła ją dogłębnie wyjaśnić. W ostatnim roku coś się musiało wydarzyć, że jednak abp Zygmunt Kamiński odsunął ks. Andrzeja od jego wcześniejszych obowiązków. Jestem przekonany, że proces będzie sprawiedliwy.
A może lepszym rozwiązaniem byłby proces cywilny?
To jest dla mnie jeden ze znaków zapytania w tej sprawie: dlaczego ludzie, którzy oskarżają ks. Andrzeja o molestowanie, do tej pory nie wytoczyli mu procesu. Jest zrozumiałe, że nie zrobiły tego jako dzieci czy 15-, 16-letni chłopcy, ale obecnie są już dorośli. Brak procesu cywilnego działa na niekorzyść oskarżycieli.
W trakcie ujawniania faktów niektórzy duchowni oskarżają o. Marcina Mogielskiego, który spisał zeznania molestowanych chłopców i je ujawnił, o szkodzenie Kościołowi. Kto w tej sprawie szkodzi Kościołowi?
Zawsze szkodzi Kościołowi ten, kto nie pilnuje prawdy i stara się, by nie wyszła ona na jaw. Ataki personalne wobec o. Marcina odbieram jako nieeleganckie.
Afery pedofilskie z udziałem księży spowodowały poważne kryzysy Kościoła w USA czy Irlandii, m.in. osłabienie autorytetu i spadek liczby wiernych. Czy Kościołowi w Polsce też to grozi?
Byłem w USA w 2006 r. po fali afer pedofilskich w Kościele, gdy suma odszkodowań, jaką zapłacił Kościół, przekroczyła miliard dolarów, a dwie diecezje ogłosiły z tego powodu bankructwo. Jednak po tym okresie załamania i odejść od dwóch lat liczba wiernych w Kościele rośnie. Dlaczego? Według mnie ludzie docenili to, że Kościół potrafił przyznać się do błędów i powiedzieć o tym wprost.
Jaka nauka z przypadku szczecińskiego płynie dla Kościoła w Polsce?
W sytuacjach kryzysu kapłani muszą powiedzieć: w Kościele wszyscy jesteśmy ludźmi - hierarchowie, świeccy, duchowni - i mamy prawo do błędu, ale powinniśmy umieć się do tych błędów przyznawać. Największym dramatem byłoby zostawienie problemów, nie tylko seksualnych, bez wyjaśnienia.
Z zaskoczeniem, ale pozytywnym, obserwowałem wczoraj aktywność księży z archidiecezji szczecińskiej. Głos zabrał rzecznik prasowy archidiecezji, wypowiadał się następca ks. Andrzeja. Nie można powiedzieć, że Kościół odwrócił się plecami. Jest próba podjęcia problemu, choć oczywiście sprawa jest bardzo bolesna.
Przy okazji ujawniania skandali w Kościele niektórzy zarzucają mediom chęć szkodzenia Kościołowi. Czy media mają prawo pisać o takich sprawach?
Oczywiście, że mają prawo, ale pod jednym warunkiem, że publikacja jest szansą na wyjaśnienie sprawy. Artykuł w „Gazecie Wyborczej” pod względem rzetelności dziennikarskiej jest w porządku.
Ks. Kazimierz Sowa jest publicystą, dyrektorem kanału religijnego Religia.tv