Od początku było jasne, że między braćmi - prezydentem i liderem PiS - nie ma wspólnoty interesów. Co więcej, zdaniem ludzi ich znających doszło między nimi - jak prawie nigdy – do sporu. Jarosław postanowił celować w wyraziście prawicowy, eurosceptyczny elektorat. To taktyka wątpliwa, bo zamyka drogę do centrowych wyborców, ale intelektualnie spójna.

Reklama

"Dziś mamy 20 procent i to nam może dać korzyści w wyborach europejskich, resztę zdobędziemy potem" - tłumaczył prezes PiS swoim posłom. W walce o znaczące ustępstwa Platformy miał tak naprawdę jeden atut: lęk państw zachodnich przed referendum w Polsce. Nawet referendum zwycięskim dla zwolenników traktatu.

Dla prezydenta blefowanie było niewygodne. Jeśli myśli serio o reelekcji, musi się oglądać na centrum bardziej niż jego brat. Co więcej, twarde stanowisko szkodziło mu w relacjach z szefami innych państw Unii. Dlatego Lech Kaczyński uwolnił się od krótkotrwałej zależności od doraźnych interesów PiS. Odetchnąć musiał i Donald Tusk.

To prawda, dla niego scenariusz referendum byłby korzystny wewnątrz kraju. Mógłby podzielić scenę tak, że to PO wiodłaby za sobą proeropejską dużą większość wyborców, marginalizując zarówno PiS jak lewicę. Ale Tusk oglądał się na Europę. Bo każdy poważny państwowy przywódca staje się we współczesnej Unii coraz bardziej politykiem europejskim.

Podstawa do kompromisu jest więc solidna. Pytanie tylko, co uczyni Jarosław Kaczyński. Pierwsze sygnały pokazują, że raczej się dołączy. Choć powiedzmy sobie szczerze, zgoda na uchwałę potwierdzającą nienaruszalność mechanizmu z Joaniny zamiast ustawy jest bliższa obecnemu stanowisku Platformy. Politycy PiS mogą to oczywiście sprzedawać jako swój sukces, przypominając, jak nieprzejednany był Tusk na samym początku. Ale wrażenia ich wycofywania się dla ratowania twarzy i prestiżu prezydenta nie sposób uniknąć.

Dobrze by było, aby lider PiS jednak zaryzykował. Pomoże bratu, ale tak naprawdę w dłuższej perspektywie także swojej partii, nawet jeśli dziś radiomaryjne środowiska, na których mu zależy, obwinią go o chwiejność, a może zdradę. Dobrze by też było, aby Tusk ułatwił Kaczyńskiemu wybrnięcie z sytuacji. Męża stanu rozpoznaje się nie po tym, jak zręcznie drybluje w międzypartyjnych rozgrywkach.