Ludwik Dorn, jeden z liderów i założycieli Prawa i Sprawiedliwości, nie jest już członkiem tej partii. Został wyrzucony z niej z powodu wielu postawionych mu przez władze partii zarzutów. Nawet nie warto ich tu wymieniać, bo to tylko preteksty. Powód prawdziwy to osobisty konflikt Dorna z prezesem partii, faktycznym jej jednowładcą, Jarosławem Kaczyńskim. Konflikt, dodajmy, podsycany przez osobistą niechęć do Dorna prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a także intrygi kilku zauszników prezesa, ludzi małego formatu, ale za to o wielkich wpływach.

Reklama

W ten sposób Dorn dołaczył do długiej galerii -- stanął obok Kazimierza M. Ujazdowskiego, Pawła Zalewskiego, Marka Jurka, także Pawła Śpiewaka, Jana Rokity, Macieja Płażyńskiego. Ludzi, których wady wprawdzie długo można wymieniać, ale których łączy jedno -- wszyscy oni mają wystarczające kwalifikacje intelektualne by robić błyskotliwe kariery poza polityką. Cóż, wybrali politykę. A było to wtedy (piszę o latach po 1989 r.), kiedy zdawało się, że polskie życie publiczne będzie dążyło do spełnienia najlepszych wzorców starych demokracji. Wygrał jednak -- i to nie tylko w PiS -- model partii zmilitaryzowanej, gdzie nie ma miejsca dla dużych osobowości. Zwyciężył model "wojska", gdzie jest wódz, kilku kaprali i szara żołnierska masa. Gdzie nawet niepotrzebni są oficerowie, bo ci mogliby zakwestionować nieomylnośc wodza. Dorn należał do tych co nader chętnie to kwestionowali. Dla jednowładcy było to męczące.

Oczywiście, że nie jest tak, iż Dorn jest niewinnym jagnięciem pożartym przez wilki. Sam przez lata był częścią partyjnego systemu, wręcz współtwórcą, bo to on napisał statut PiS. Jest prawdą, to co mówią jego obecni oponenci, że miał "wredny" charakter i nieuregulowane życie osobiste. Ale to akurat, jak pisałem, tylko pretekst, bo charakter i życie osobiste byłego marszałka nie zmieniło się w ostatnich miesiącach. Nie! Zostało wywleczone teraz, bo popadł w niełaskę. A polskie partie są skonstruowane na zasadzie dworów -- tu nie ma miejsca na frakcje. Stare partie zachodnie dawno rozwiązały ten problem powołując sformalizowane frakcje, gdzie odsunięci na bok politycy przeczekują złe dla siebie czasy. Żyją w swoich zakątkach, nikt nie myśli o ich wyrzuceniu, a oni nie myślą o tworzeniu kolejnych partii. U nas ten model to ciągle abstrakcja. Wewnątrzpartyjne konflikty rozgrywa się metodą zero-jedynkową: ułaskawienie albo wycięcie. Coś jak w partii bolszewickiej, gdy Stalin wykończył Bucharina. Przy zachowaniu wszystkich proporcji trzeba stwierdzić, że logika rozwiązania sporu jest bardzo podobna.

Najsmutniejsze zaś jest to, że ileś razy jeszcze ujrzymy podobne spektakle. Nie tylko w PiS, także w tych partiach, które frazesy o przywiązaniu do europejskich wartościach głoszą przy każdej okazji.