Nie dziwię się, że Aleksander Kwaśniewski zgodził się wziąć udział w promowaniu kandydatury Radosława Sikorskiego na stanowisko szefa NATO i Włodzimierza Cimoszewicza jako ewentualnego sekretarza generalnego Rady Europy. Myślę też, że do poparcia tych kandydatur nie trzeba byłego prezydenta specjalnie przekonywać.
Aleksander Kwaśniewski miał bardzo dobre relacje z politykami europejskimi. Jest to osoba, która wręcz powinna zostać wykorzystana do tego, by promować innych. Być może nadszedł już czas zgody polityków co do chęci, aby promować naszych kandydatów na europejskie stanowiska. Choć nadal mamy w kraju osoby, które pod tym względem pozostają niewykorzystane, bo zazwyczaj pamięta się tylko o swoich "kolesiach".
Nie zapominajmy o tym, że pani Huebner pracowała w Kancelarii Prezydenta u Aleksandra Kwaśniewskiego i była związana z SLD. Wiem też, że strona lewicowa namawiała, by to z jej listy kandydowała ona do Parlamentu Europejskiego. Ale pani minister wybrała Platformę Obywatelską. Bardzo niegrzecznie wyraził się o tym Grzegorz Napieralski, który zarzucił Huebner, że robi to po prostu dla pieniędzy. Rozumiem, że według Napieralskiego, gdyby kandydowała ona z ramienia SLD, robiłaby to dla idei. Gdy natomiast postanowiła wybrać Platformę - zrobiła to dla zysku.
W tym wszystkim dziwi mnie jednak najbardziej prezydent Kaczyński, który jest zaskoczony kandydaturą Włodzimierza Cimoszewicza na stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy i ma zastrzeżenia dotyczące jego przeszłości. - powiedział w wywiadzie dla TVN 24. Przypomnę więc panu prezydentowi, że to właśnie Cimoszewicz uważał swojego czasu, iż Leszek Miller powinien się rozliczyć z moskiewskiej pożyczki. To Cimoszewicz nie chciał, by Miller kandydował do parlamentu, a na znak protestu odsunął się od lewicy. Poza tym był ministrem spraw zagranicznych, marszałkiem sejmu i premierem, więc chyba jednak zasłużył ze strony prezydenta na dobre słowo. Jeśli się skupić na zasługach, chyba większe ma właśnie Cimoszewicz niż Anna Fotyga.
Jak wiemy, polska dyplomacja jest dość skomplikowana. Ale zawsze najpierw powinno się uzgodnić kandydatury, a dopiero później je krytykować. U nas i pod tym względem jest odwrotnie. . Na arenie międzynarodowej nie można pokazywać, że premier i prezydent mają zupełnie inne opinie o nominacjach. Z różnicy zdań bowiem płynie do Europy przekaz, że nie ma między nimi porozumienia co do kandydatur, co tylko podważa wiarygodność osób nominowanych na dane stanowiska.
Najlepiej byłoby więc chyba, gdyby politycy, którzy mają wpływ na to, co się dzieje, zaczynali od porozumienia co do kandydatur, a dopiero później zaczynali lobbować. W tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz.