Uporządkujmy to, co już wiemy, i o co nie ma sporu. Po pierwsze - Misiak był lobbystą we własnej sprawie. Nikt, poza nim samym, tego nie kwestionuje. Po drugie, pochodzi z Wrocławia i jest bardzo blisko związany z wicepremierem Grzegorzem Schetyną. Po trzecie, miał zostać szefem kampanii wyborczej PO do Parlamentu Europejskiego. W wyniku afery stracił szansę na to intratne stanowisko wiążące się z wpływami, zaszczytami, pieniędzmi i mocą innych konfitur.
No i po czwarte, i po piąte - tu zaczyna się clou problemu - , człowiek ściśle związany z Donaldem Tuskiem. A wiadomo, że . Opinia publiczna wie bardzo mało o tej bezlitosnej wojnie. Media wprawdzie co jakiś czas coś bąkną, ale w rzeczywistości niewiele wychodzi poza mury kancelarii premiera. Wszyscy więc myślą, że stale perorujący w mediach Stefan Niesiołowski jest ważnym liderem PO, a taki np. Igor Ostachowicz to w ogóle nie istnieje. Choć w rzeczywistości Ostachowicza trzeba zaliczyć do pierwszej pod względem ważności piątki ludzi w Polsce, a Niesiołowski polecenia może wydawać co najwyżej swojemu asystentowi w biurze poselskim.
Tak więc . Pozostałe nadal się gryzą, choć domyślać się tylko możemy o co. Bo sprawa Misiaka jest zupełnie jasna. Senator od długich miesięcy działał przy stoczniach, ale sprawa wyszła dopiero wtedy, gdy został szefem kampanii wyborczej.
Zresztą, nie grzebmy jeszcze Tomasza Misiaka. To człowiek młody, energiczny, inteligentny, dobrze wypadający w mediach. Będzie jednak musiał powtórzyć drogę Jacka Kurskiego wyrzuconego z PiS za dziadka z Wehrmachtu. . A potem mozolnie będzie odzyskiwał stracony teren. Dokładnie tak jak Kurski.
Piotr Gursztyn